Iść za marzeniami...

Bo ten, kto raz nie złamie w so­bie tchórzos­twa, będzie umierał ze strachu do końca swoich dni.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
I oto nadeszła ta chwila.
Wiem, jestem głupia, nie skończyłam opowiadania, ale... brak weny? Zdecydowanie coś w ten klimat. Chciałabym podsumować moją ponad dwuletnią działalność na bloblo i oznajmić, że odchodzę.
A więc, zaczynając od początku:
► znalazłam się w tym najukochańszym zakątku dnia 20 października 2012 roku, mając pieprzone 13 lat.
► w sumie spędziłam tu 16 dni 5 godzin i 26 minut
► napisałam 5 opowiadań, w tym dwa nieskończone
► zyskałam 57 obserwujących
► zdobyłam 610 komentarzy
► mój blog odwiedzono 72330 razy
Pragnę podziękować wam za te dwa wspaniałe lata. Spędziłam tu najwspanialszą część swojego życia. Poznałam kilka wspaniałych osób, które bardzo mnie wspierały. W szczególności pragnę podziękować:
•sexy-chick
•Fuck-Everything-Im-Belieber
•Cocosanqa20
•lostprincess
•killme
•RebeccaandJustin

Dziewczyny kochane, jesteście wspaniałymi osóbkami!
Na koniec pragnę powiedzieć, że TUTAJ, w tym małym królestwie udoskonaliłam swój styl pisania. Nauczyłam się bardzo wielu rzeczy, jednakże wiele jeszcze przede mną.
Z dniem dzisiejszym beautiful-chick kończy swoją działalność...




Mały bonusik na pożegnanie.

Na balu maskowym Maya spotyka Harry'ego. Tańczą przez kilka godzin, ale dziewczyna w ostatniej chwili ucieka, bo wie, że niedługo do restauracji przyjedzie macocha. Gubi jednak ulubiony naszyjnik. Znajduje go Harry. Rozpoczyna rozpaczliwe poszukiwanie tajemniczej dziewczyny z którą tańczył. Gdy okazuje się, że to Maya, jest wniebowzięty. Liam wcale nie chciał być chłopakiem May, bo wiedział, że z Harrym będzie szczęśliwsza. Z laboratorium przychodzą wyniki. Okazuje się, że testament rzeczywiście jest prawdziwy. Maya dostaje na własność cały dobytek włącznie z restauracją. Nie podaje jednak sprawy do sądu. Pozwala macosze, siostrom i Maksowi pozostać w domu. Od tej pory kobiety rozpoczynają ciężką pracę w restauracji, a Maya jest szczęśliwa ze swoim Księciem...

Trochę to bez ładu i składu, ale pisałam na szybko, więc proszę o wyrozumiałość <3 Kocham Was najmocniej!




Tagi: goodbye
13.12.2014 o godz. 18:05
Chapter 15


Edwin McCain - I'll Be

Gwałtownie otworzyłam oczy. Rozejrzałam się. To był sen. To tylko głupi sen. O mój Boże! Ja… on… my… To niedorzeczne. Jak coś takiego mogło mi się przyśnić?! Och, mamo!
-Maya! – ryknęła(dosłownie) Monica.
-Już idę – warknęłam. Zerknęłam na futerał ze skrzypcami leżący w kącie. Westchnęłam. Tak dawno nie grałam, bo i kiedy? Zbiegłam po schodach i weszłam do kuchni. Monica rzuciła mi listę rzeczy do zrobienia. Spojrzałam na czynności nie mające końca. Oniemiałam.
-Lepiej się pospiesz. Nie masz zbyt wiele czasu – syknęła, uśmiechając się złośliwie. Bez słowa zabrałam się do pracy. Czekało mnie długie popołudnie.
Zadzwonił dzwonek. Poszłam otworzyć drzwi, za którymi zastałam Liama.
-Przepraszam cię najmocniej, ale nici z naszego spotkania – mruknęłam speszona, mając przed oczami jego nagie ciało. – Mam pełno pracy.
Zamknęłam drzwi. Nie zdążyłam zrobić kroku, gdy rozległo się pukanie. Z westchnieniem pociągnęłam za klamkę.
-Liam… - zaczęłam. Chłopak, czy może raczej mężczyzna, wszedł do środka.
-Chętnie ci pomogę. I tak nie mam nic lepszego do roboty – odparł z szelmowskim uśmiechem.
-Zobaczymy – zaśmiałam się chytrze. Podałam mu listę rzeczy do zrobienia. – Szczęka opadła?
-Kto normalny odkurza podjazd? – jęknął. – To szaleństwo.
-Dlatego też to robota w sam raz dla mnie. W końcu jestem szalona, czyż nie? – zapytałam.
-O tak. Więc zamierzam ci pomóc w tych szaleństwach.
-Nie musisz litować się nad sierotą.
Gdy zdałam sobie sprawę, co powiedziałam, spłonęłam rumieńcem i zakryłam usta dłonią.
-Co? Jesteś sierotą? Dlaczego nic nie powiedziałaś?
-Bo wtedy zerwałbyś ze mną kontakt. Byłeś moją jedyną ostoją, odskocznią od życia z macochą, dwoma wrednymi siostrami i służenia im – szepnęłam.
-Jesteś większą wariatką niż przypuszczałem.

Przed 22 Liam poszedł, a ja spokojnie skreśliłam ostatni punkt. Byłam tak zmęczona, że niemal spałam na stojąco. Znalazłam się w moim pokoju i padłam na łóżko jak zabita.

Dni mijały z prędkością ekspresowego pociągu. Nim się obejrzałam, nadeszła sobota. Wstałam rozanielona i nucąc pod nosem, umyłam się. Gdy zeszłam na śniadanie, zastałam w kuchni bliźniaczki i Maxa.
-Gdzie wasza matka? – wtrąciłam.
-A co cię to obchodzi? – warknęła Amber. Prychnęłam. – Lepiej zrób nam śniadanie. I jeśli myślisz, że zostaniesz królową, to się grubo mylisz.
Zaśmiałam się.
-Zobaczymy.
-Wątpię. Któż by wybrał taką brzydką i głupią służącą?
Odwróciłam się gwałtownie, spoglądając na Monikę.
-Nie pójdziesz na żaden bal – odparła chłodno. – I powinnaś być mi za to wdzięczna. Oszczędzam ci tylko wstydu.
-Jak to? – zapytałam.
-Chodź, coś ci pokażę – odrzekła.
-Brzydula! – krzyknęły za mną bliźniaczki.
Monica pociągnęła mnie za rękę. Stanęłyśmy w drzwiach pokoju Amber i Ashley. – Uporaj się z tym bałaganem do południa. Potem pójdziesz do restauracji.
-Ale… - jęknęłam.
-Milcz! – wrzasnęła.
Tak więc siedziałam cicho jak mysz pod miotłą. Posprzątałam pokój bliźniaczek, po czym chwyciłam deskorolkę i skierowałam się w stronę restauracji. Wpadłam jak burza od strony zaplecza.
-Cześć! – zawołałam, gdy tylko weszłam. W szatni założyłam fartuch i wkroczyłam do kuchni.
-A co ty tu u diabła robisz? – zapytała Liz. – Czyż nie powinnaś się teraz szykować na bal?
Pokręciłam smutno głową.
-Jestem brzydka i głupia. Ktoś taki nie powinien iść – westchnęłam.
-Ta zołza naopowiadała ci bzdur. Jesteś najpiękniejszą i najmądrzejszą dziewczyną jaką znam. W dodatku masz wielkie serce – powiedziała ciepło Liz.
-Żadnych pogaduszek! Do roboty! Natychmiast! Maya, do mnie – warknęła Monica, która nagle znalazła się w restauracji. Kilku klientów zmierzyło ją wzrokiem pełnym dezaprobaty.
-Wrócę tu o północy. Jeśli cię nie będzie, gorzko tego pożałujesz – syknęła.
-Tak jest – odparłam. Macocha wyszła trzaskając drzwiami.
-Super – mruknęłam pod nosem, wracając do kuchni.
-May, moja droga. Nie możesz tu siedzieć podczas gdy twój Książę bawi się na balu – powiedziała Liz.
-Przecież wiesz, że mi zabroniła. A po za tym nie mam żadnego księcia – jęknęłam.
-A kto powiedział, że masz być w restauracji cały czas. Wróci o północy – dorzucił Gale, kucharz.
-Jesteście szaleni – zaśmiałam się.
-I kto to mówi?
-Jest tylko jeden problem. Nie mam kreacji, a wszystkie sklepy są już zamknięte.
Do restauracji wpadła Annie. Miała na sobie długą, jasnoniebieską suknię, podkreślającą kolor jej oczu. Blond włosy upięła w eleganckiego koka. Rozpuszczone pojedyncze kosmyki włosów lekko okalały jej okrągłą twarz.
-Co ty tu jeszcze robisz? – zapytała.
-Pomyślmy… nie mam się w co ubrać?
-Sądzę, że z tym nie powinno być kłopotu – odezwała się tajemniczo Liz. Uniosłam brwi. – Pojedziemy do mnie.
Annie zaparkowała przed domem Liz. Kobieta pociągnęła mnie za rękę. Usadowiłam się na kanapie w salonie i czekając na nią, rozglądałam się dookoła. Po chwili wróciła Liz niosąc ogromne pudło. Postawiła je przede mną i otworzyła. Oniemiałam.
-Liz… ja nie mogę… - zaczęłam.
-Ona czekała wiele lat by ktoś ją założył. I taka okazja właśnie się nadarzyła.
Suknia była biała, z ramiączkami na krzyż, cała koronkowa, pozostawiająca odkryte plecy. Założyłam ją na siebie bardzo ostrożnie. Była idealnie uszyta na mnie. Pasowała jak ulał. Liz bardzo sprawnie, z małą pomocą lokówki, ułożyła moje włosy w delikatne fale, a następnie zrobiła delikatny makijaż. Na szyi zapięła przepiękną kolię. Gdy tylko zakryłam twarz maską, poczułam się kimś innym, absolutnie wyjątkowym. Uśmiechnęłam się ciepło do Liz.
-Jesteś najcudowniejszą kobietą. Dziękuję ci z całego serca – powiedziałam, przytulając się do niej mocno.
-Idź już. I baw się dobrze – odrzekła. Wsiadłam do samochodu Annie.
-Wyglądasz przepięknie – odparła. – Z pewnością bliźniaczki cię nie rozpoznają.
Harry także…

Od aut.: Zrobiłam was trochę w balona. Wybaczycie?
W następnym rozdziale będzie bal!

Gale - kucharz, lat 29(uroczy Łowca *.*)
Liz - kelnerka, lat 41
Annie - przyjaciółka, lat 17
Tagi: Rozdział 15
21.09.2014 o godz. 12:14
Chapter 14


Miley Cyrus - The Climb

-Nie wierzę, że to powiedziałaś – szepnęła zaskoczona Annie. Spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się.
-Mam mało czasu, ale powinnam zdążyć – powiedziałam.
-Z czym?!
-Jak to z czym? Przecież muszę zostać królową balu! – odparłam, śmiejąc się. – Nie pozwolę, by ta suka nią była. Nie zasłużyła na to w żadnym stopniu. Cóż… ja pewnie też nie, ale od czegoś muszę zacząć, prawda?
Nagle zbladłam. Przypomniałam sobie, że Harry wie o testamencie moich rodziców.
-May? Co się dzieje? – zdenerwowała się Ann. Machinalnie złapałam ją za ramię, jakbym bała się, że upadnę.
-O mój Boże – wyszeptałam. A jeśli on powie o tym Amber? Wtedy będzie po mnie. Muszę coś zrobić. Muszę mu to uniemożliwić.

Przez całe przedpołudnie starałam się zapomnieć o tym wszystkim. Skupiłam się głównie na zbieraniu podpisów. Większość zrobiła to z radością, niektórzy mnie wyśmiali. Nie było to miłym doświadczeniem, zwłaszcza, że byłam bardzo wrażliwa i niezbyt odporna na krytykę.
Po lekcjach poszłam do gabinetu dyrektora. Zgłosiłam swoją kandydaturę i od razu wróciłam do domu. Miałam ogromną ochotę z kimś porozmawiać. Ale z kim? Liam o niczym nie ma pojęcia. Bałam się powiedzieć mu, że jestem sierotą. Bałam się, że zaśmieje mi się w twarz i odejdzie. Bo kto kocha sieroty? Miałam nadzieję, że mama mi nieco pomoże...

-Romeo i Julia! Do mnie! – krzyknęła panna Egen, szkolna sekretarka. Podeszliśmy więc do niej. Wręczyła nam naręcza ubrań i kazała wejść do prowizorycznej przymierzalni, która była zrobiona za pomocą starej zasłony i kilku rurek. W stopniowo szybkim tempie zmierzyłam kolejno wszystkie, po czym wyszłam. Tylko dwie sukienki na mnie nie pasowały. I tak nie były specjalnie ładne. Zostawiłam na sobie odpowiednią do pierwszego aktu.
-Świetnie – powiedziała, uśmiechając się. – Czy pan Black ma zamiar kiedykolwiek stamtąd wyjść?
-Już! – powiedział. – Prawie skończyłem.
Zachichotałam cicho. Po chwili wyszedł Travis w śmiesznych getrach i tunice.
-Z czego się śmiejesz? – spytał.
-Bosko w tym wyglądasz – puściłam do niego oczko, dławiąc się śmiechem. Jeszcze nigdy się tak dobrze nie bawiłam, przynajmniej od śmierci mamy… - Ja chyba nie dam rady zagrać Julii przy twoim wyglądzie.
-A ja twoim. Za bardzo mnie pociągasz– wymruczał.
-Bo chyba o to chodzi – chichotałam.
-Tak, ale nie będę mógł oderwać od ciebie wzroku. Zmuszony będę gapić się na ciebie jak sroka w gnat – westchnął.
-Dasz radę – odparłam i klepnęłam go w ramię.
-Gotowi?! Od pierwszego aktu! – ryknął pan Andrews. Każdy się przygotował i po około godzinie dramatyczny spektakl dobiegł końca. Wszyscy bili brawo, nauczyciele nas bardzo chwalili, a pan Andrews skrzeczał, że nie powinni nas tak rozpuszczać, bo potem nam nie wyjdzie.


Elton John - Can You Feel The Love Tonight

Mama jednak niewiele mi pomogła, chociaż pomogła oderwać się od rzeczywistości. Dlaczego ja nie mogłam być taka jak ona? Piękna i popularna? W dodatku chciałam mieć takiego słodkiego chłopaka jak Travis. Moja mama była wielką szczęściarą. Miała wspaniałe życie, chociaż straciła matkę w wypadku. Mimo to – pozbierała się.
Och, mamo! Dlaczego ciebie już nie ma? Dlaczego nie widzisz tego wszystkiego?
„Widzę…” – rozległ się szept w mojej głowie. Nie miałam wątpliwości, że to jej głos. Ale tak bardzo pragnęłam go usłyszeć, że sobie to wyobraziłam. Postanowiłam spróbować jeszcze raz.
Czy powinnam powiedzieć o tym wszystkim Liamowi?
Nic.
Mamo?
Nie odezwała się. To musiał być mój wytwór. Westchnęłam z rezygnacją, czując łzy pod powiekami, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Otarłam oczy wierzchem dłoni i zbiegłam na dół. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam…
-Cześć Liam – odezwałam się, lekko się uśmiechając.
-Hej, maleńka, co jest? Czemu się smucisz? Płakałaś? Ktoś ci zrobił krzywdę? Harry? – zalał mnie lawą pytań.
-Nic mi nie jest. Chwila wzruszenia. Może po prostu poczułam się… samotna – mruknęłam. Przyciągnął mnie do siebie i wtulił twarz w moje włosy.
-Jak to samotna? Masz mnie – powiedział, wywołując mój uśmiech. Jednak zaraz potem, jak na zawołanie, rozpłakałam się.
-Właśnie – ciebie i tylko ciebie – wyszlochałam.
-Ciii – szepnął. – Gdzie twój pokój? Porozmawiamy na spokojnie.
Podtrzymywana przez silne ramię chłopaka, obejmujące mnie w talii, poprowadziłam nas do mojego własnego, malutkiego świata. Usiadł w nogach łóżka, ja zajęłam miejsce naprzeciw.
-Mnie możesz powiedzieć wszystko – mruknął miękko.
-Jestem sierotą – wyszeptałam. – Nie mam rodziców.
-Jak to? – zapytał zdziwiony.
-Moja mama zmarła przy porodzie, a tata zginął w katastrofie lotniczej siedem lat temu.
-Dlaczego nic mi wcześniej nie powiedziałaś?
-A myślisz, że było mi z tym łatwo?! Bałam się odrzucenia, jasne?! – warknęłam.
-Och, May – powiedział, patrząc w moje oczy. Poczułam, że robię się czerwona. – May.
Miałam wrażenie, że mówi moje imię… z czcią. O Boże! Co ja sobie wyobrażam?! Że każdy facet jest zakochany we mnie?! Nie jestem moją mamą, niestety.
Liam uśmiechnął się słodko. Powoli zbliżył się do mnie na czworaka i przyklęknął przede mną. Kciukiem otarł łzy z moich czerwonych policzków.
-Nie będziesz już płakała? Nigdy cię nie zostawię, May. Zawsze będę pod ręką. Będę ci pomagał w najtrudniejszych chwilach twojego życia, rozumiesz?
Spojrzałam na niego.
-Dziękuję. Dziękuję za to że jesteś. Już samo to wiele dla mnie znaczy. I wcale nie okręcam sobie facetów wokół palca – odparłam.
-Okręcasz – odrzekł z powagą. Spojrzałam na niego z wyrzutem, lecz jego rozczulony wzrok sprawił, iż moje serce zmiękło. Westchnęłam cicho. Powoli i nieśmiało wyciągnęłam dłoń, żeby dotknąć jego szorstkiego, brodatego policzka. Liam zamknął oczy.
-Jesteś taka słodka – wymruczał. Gdy podniósł powieki, jego oczy pociemniały. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Przełknęłam ślinę. – Piękna. Seksowna.
Oparł się dłońmi o ścianę za moją głową. Jego wzrok zsunął się na moje usta, potem coraz niżej. Nim się obejrzałam, pełne wargi Liama zetknęły się z moimi. Poczułam dreszcz przebiegający od karku wzdłuż kręgosłupa aż do kości ogonowej. Jęknęłam w usta Liama. Całował… fantastycznie. Zarzuciłam mu ręce na szyję. Chłopak posadził mnie na swoich biodrach. Poczułam żar, rosnący z każdą sekundą w moim podbrzuszu. Palce Liama, głaskające mnie dotąd czule po twarzy i włosach, z największą agresywnością wsunęły się pod moją bluzkę. Nawet nie zauważyłam, gdy się jej pozbył. Uczyniłam to samo z jego koszulką. Przesunęłam dłońmi po nagim, umięśnionym torsie mężczyzny. Oderwałam się na chwilę od Liama i wydyszałam: -Drzwi są nie zamknięte. A on wybuchł śmiechem.
-Myślisz, że ktoś nas może przyłapać? – zapytał. Wstałam i przekręciłam klucz w zamku. Wróciłam na łóżko. Liam położył się na mnie, sięgając po zapięcie stanika. Powoli zsunął ramiączka obnażając moje nagie piersi. Jego oczy zabłyszczały. Zsunął się nieco w dół, zaczął je pieścić, torturować zębami i wargami. Zacisnęłam palce na jego włosach, wiercąc się i wijąc z rozkoszy. Po chwili podniósł się i rozpiął zamek od spodni.
-Nie wytrzymam – powiedział, ciężko oddychając. Przyjaciele, tak? Nic więcej? Ja także go pragnęłam. Uświadomiłam to sobie gdy zobaczyłam go całkiem nagiego. Wydawał się taki silny. Jakby mógł zawojować całym światem. Potem rzucił się na mnie i na moją dolną część garderoby.
-Liam… - szepnęłam.
-Tak?
-To mój pierwszy raz – wyjąkałam.
-Postaram się byś zapamiętała go do końca życia – wymruczał. Po tych słowach zatraciliśmy się w rozkoszy jaką wywołało nasze współżycie…

Od aut.: Spodziewaliście się, czy nie bardzo? To jest dość długi rozdział i włożyłam w niego sporo wysiłku. Najtrudniejsza okazała się końcówka. Po prostu nie potrafię tego opisać, bo sama jeszcze tego nie przeżyłam. Mam jednak nadzieję, że nie wyszło aż tak bardzo źle :) Liczę na opinie.
Tagi: Rozdział 14
28.08.2014 o godz. 16:28
Chapter 13


Lea Michele - Battlefield

Spotkanie Liama było dla mnie ogromnym przełomem. Dowiedziałam się, że nie był żadnym pedofilem czy gwałcicielem. Nie wyglądał na takiego. Był za to wysokim, przystojnym, brodatym młodym mężczyzną. Oczy… oczy miał jak ocean czekolady. Chyba zacznę lubić czekoladę. Białe zęby błyszczały, gdy się uśmiechał. A usta były idealnie wykrojone, niemal stworzone do całowania. Ukradkiem oblizałam wargi. W dodatku jego muskuły napinały się przy każdym ruchu. To wszystko było… takie słodkie.
-Maya? Moja Maya? – zapytał niedowierzając.
-A czego się spodziewałeś – roześmiałam się. Porwał mnie w ramiona i okręcił wokół siebie.
-Jaka ty jesteś malutka i kruchutka – szepnął i cmoknął mnie w policzek.
-Nie przesadzaj. – Dałam mu kuksańca w bok. Harry chrząknął.
-O właśnie, kuzynie. Nie mówiłeś jak ma na imię twoja dziewczyna – powiedział Liam patrząc na Harry’ego.
-Bo…
-Nie jesteśmy parą, Liam. Nie wiem co mnie napadło. Może po prostu bałam się iść sama na to spotkanie. Nie wiedziałam co mnie czeka. A tu proszę… - zaśmiałam się, a Liam mi wtórował.
-Rozumiem cię. W końcu nie wymieniliśmy się zdjęciami. Ale byłoby warto, co? – zapytał.
-Nie sądzę. Wychodzę na zdjęciach jak kosmitka – parsknęłam.
-Czego się napijesz… napijecie – poprawił się Liam.
-Skoro tak świetnie się bawicie, to nie będę wam przeszkadzał – wysyczał Harry.
-Harry, ale…
-Daj spokój, May. Okręcasz sobie facetów wokół palca, zabawisz się, a potem ich odtrącasz – warknął.
-To nie tak – odparłam gorączkowo.
-Uważaj Liam – rzucił, po czym wyszedł trzaskając drzwiami. Zbladłam. Zabolały mnie jego słowa.
-Mayu, wszystko w porządku? Nie przejmuj się nim. Jest zazdrosny o naszą przyjaźń. Widzi w tym coś o wiele więcej. Przejdzie mu – pocieszał mnie. Tak czy inaczej było mi przykro. Ja okręcam sobie facetów wokół palca?! I kto to powiedział?! Chłopak który zmienia laski jak rękawiczki!! Już ja mu pokażę!
-Masz rację. Nie będę sobie nim zawracać głowy, kiedy już wreszcie cię poznałam. Tak się cieszę…
Miliony wypowiedzianych słów, których nie mieliśmy okazji przelać na gadu - gadu. Było nam razem przyjemnie. Rozmawialiśmy bardzo długo. Ciężko nam było się rozstać, ale wiedzieliśmy, że jeszcze się spotkamy. I to nie raz.
Liam odwiózł mnie pod sam dom i cmoknął w policzek na pożegnanie.
-Do zobaczenia, Mayu. Gdybyś czegoś potrzebowała, dzwoń i wpadaj do mnie.
-Dziękuję Liam. Za to, że wreszcie się spotkaliśmy i za urocze popołudnie. Trzymaj się. Pa.
Wysiadłam z samochodu i ruszyłam alejką w stronę drzwi. Odnalazłam klucze i weszłam do środka. Uśmiechnęłam się szeroko i miałam ochotę wykrzyczeć całemu światu jaka jestem szczęśliwa. Powiedziałam to? Naprawdę? JESTEM SZCZĘŚLIWA. Jeśli ktoś mnie o to poprosi, to powiem to w każdym języku świata.

-I jak ci się podobało? – spytał po chwili Travis.
-Co?
-No… pocałunek –odpowiedział.
-Bardzo – westchnęłam.
-Serio? Starałem się jak mogłem, i uwierz – jesteś pierwszą dziewczyną z jaką się całowałem.
-Żartujesz? – roześmiałam się.
-Nie, naprawdę.
-Trudno uwierzyć. Taki facet jak ty, to powinien się całować już co najmniej z 20 razy, jak nie więcej.
-No co ty? Nie przesadzasz? A taka laska jak ty, to powinna się już całować co najmniej 50 razy, jak nie więcej.
-Kpisz ze mnie – powiedziałam.
-A ty ze mnie – odparł, zatrzymując się. – Całowałem się 20 razy, ale tylko z tobą.
-Ale mi pocałunki. Przymuszone – zakpiłam. Złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Zaskoczona nie mogłam wydusić ani słowa.
-Zobaczymy – wymruczał uwodzicielsko. Jego wargi przyssały się do moich, gorące ciało przylgnęło do mojego. Zarzuciłam mu ręce na szyję. Wilgotnym językiem rozchylił moje usta i wkradł się do środka. Zacisnęłam mocno ręce na jego muskularnych ramionach. Chłopak podniósł mnie wyżej, bo byłam niezbyt wysoka, w przeciwieństwie do niego. Nasze języki zaplotły się, to znów rozłączyły. Wargami muskał moją szyję. Cicho jęknęłam. Uśmiechnął się kącikiem ust. Gdy się od siebie oderwaliśmy, ciężko dyszał, ja z resztą też. Znów wzięliśmy się za ręce i zaczęliśmy iść.


Obudziłam się cała w skowronkach. Obok mnie leżał otwarty pamiętnik. Ostatnie o czym przeczytałam był pierwszy poważny pocałunek mamy. Przypomniałam sobie o Harrym i przez krótki moment zrobiło mi się przykro, ale zaraz potem przytoczyłam we wspomnieniach jego słowa rzucane jak zimne sztylety, trafiające mnie prosto w serce. Miał dobry cel i potrafił to wykorzystać. Upokorzył mnie na oczach najbliższego przyjaciela. Pokazał jaki ma do mnie stosunek. Pora by i jemu ktoś pokazał, że nie jest ideałem. Nadszedł czas, by zacząć działać. Koniec bycia szarą myszką.
Wstałam z łóżka. Wyciągnęłam ubrania z szafy i pobiegłam do łazienki. W pół godziny byłam gotowa do wyjścia. W biegu zabrałam przygotowane drugie śniadanie i pognałam do szkoły. O tak wczesnej porze było tylko kilka osób, którym naprawdę zależało na szkole. Między innymi Annie. Kiedy mnie zobaczyła, zagwizdała.
-Co się z tobą stało, May? Podmienili cię kosmici? – zapytała, kręcąc głową z podziwu.
-Nie, Annie. To nowa ja – roześmiałam się.
-Jeśli to nowa ty, to już cię lubię. Zamierzasz podbić świat?
-Coś w tym rodzaju – odparłam. Moim zamiarem było podbić szkołę. I zrobię to, choćby miał mnie szlag trafić. – Wiesz… Chyba nie zdążyłam ci powiedzieć, ale… załatwiłam zespół.
-Naprawdę? – zapiszczała Annie. – O Boże! Zesłałeś mi anioła z nieba. Jak ci się to udało.
-Przypadkiem w naszej restauracji grał zespół The Donnas, więc podeszłam i zapytałam. Tu masz numer managera. Zadzwoń do niego i ustal konkrety. To miłe laski. Myślę, że nie wezmą dużo kasy za granie na balu dla dzieciaków.
-No cóż… Też mam taką nadzieję. Na bal poszło bardzo wiele funduszy. Na opłacenie zespołu nie ma kokosów – westchnęła Annie.
-Będzie idealnie, Annie, bo ty jesteś organizatorem – powiedziałam.
-Dziękuję, że jesteś, May. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
Nagle do szkoły wszedł Harry. Nie sam. Trzymał za rękę… Amber. Spojrzał na mnie, po czym przyciągnął moją siostrę i namiętnie pocałował. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.
-May? W porz… - zaczęła. Ona też ich zobaczyła. – O Boże…
-Zabierz mnie stąd, bo pójdę i tak mu przywalę, że się, kurwa, nie pozbiera – warknęłam.
-Czy ty powiedziałaś to co ja usłyszałam, czy mi się tylko wydawało? – zapytała.
-Dobrze słyszałaś Annie. Przyszedł koniec rządów tych plastików. Już ja im pokażę.

Od aut.: Planowałam napisać go w tygodniu, ale bardzo się rozchorowałam. Przy 40 stopniach gorączki nie da się myśleć świadomie.
Mam kilka pytań do was.
Co myślicie o:
•zmianie wystroju(że się tak wyrażę) bloga?
•spotkaniu Liama i May?
•zachowaniu Harry'ego?
•przemianie wewnętrznej jak i zewnętrznej May?
Czy May uda się zawojować szkołą i odsunąć od "władzy" popularnych?
i najważniejsze: Co będzie z nią, Harrym i Liamem?(o trójkącie nawet nie ma mowy :P)
Liczę, że w komentarzach zostawicie odpowiedzi na pytania. To dla mnie bardzo dużo znaczy.

Tagi: Rozdział 13
17.08.2014 o godz. 18:04
Chapter 12


Sia - Chandelier

Otarłam ukradkową łzę. Mama także straciła najbliższą osobę. W wypadku. To takie niesprawiedliwe. Ten świat jest okropny.
Przytulona do pamiętnika zasnęłam. Obudziłam się dość późno. Spojrzałam na zegarek. Było po 10. Moniki i bliźniaczek z pewnością nie było. Pewnie wybrały się do solarium. Wstałam i rozsunęłam zasłony. Rozciągnęłam się, jak to miałam w zwyczaju i wychyliłam się z pokoju. Cicho. Czyżby nie było Maxa? Pobiegłam do łazienki. Zrobiłam poranną toaletę i spojrzałam w lustro. Moje włosy… chyba wreszcie powinnam wybrać się do fryzjera. Ale nie dziś. Muszę sama ogarnąć swoje długie kołtuny. Wzięłam szczotkę i zaczęłam je rozczesywać wzdychając. Kilka lat temu miałam taką sytuację, że złamałam grzebień rozczesując włosy. Od tamtej pory czeszę je tylko szczotką. Gdy wreszcie się z nimi uporałam, włożyłam je pod strumień letniej wody. Żeby umyć całe potrzebowałam ¼ opakowania szamponu. Monica wielokrotnie chciała wyciągnąć mnie do fryzjera, żebym je ścięła. Ale ja nigdy nie dałam się nabrać. Byłoby mi żal. Od zawsze zapuszczałam włosy i miałam bardzo długie, do pasa.
Wtarłam truskawkowy szampon, delikatnie rozmasowując go po całej głowie. Już po kilku minutach spłukiwałam pianę z włosów. Westchnęłam. Bolały mnie ręce i palce. Owinęłam głowę ręcznikiem, żeby nieco osuszyć włosy z wody. Boże. Znowu muszę je rozczesać. Zerknęłam na zegarek. Dochodziła 11. O 15 przyjdzie Harry, a ja jeszcze nie wiem w co mam się ubrać, nie zjadłam śniadania i nie posprzątałam w pokoju. Nie zdążę. Po piętnastu minutach udało mi się wygładzić kołtuny. Wzięłam suszarkę i zaczęłam suszyć. Pół godziny później były całkiem suche. Prostownicą wyprostowałam włosy. Teraz wyglądały porządnie. Opuściłam łazienkę. Zbiegłam po schodach do kuchni. Nie było sensu jeść śniadania. Odgrzałam więc wczorajszego kurczaka z obiadu i zjadłam go pospiesznie. Następnie wróciłam do pokoju gdzie w niecałą godzinę zrobiłam generalny porządek. Została mi godzina. Wybrałam zestaw, założyłam go i poszłam do łazienki. Zrobiłam delikatny makijaż. Kiedy skończyłam, odetchnęłam z ulgą. Wyrobiłam się! Ponieważ miałam jeszcze trochę czasu, wzięłam pamiętnik i zaczęłam czytać.
[…] Otarłam łzy wierzchem rękawa i wybiegłam ze szpitala. Miałam na sobie tylko bluzę, bo kurtkę, jak i buty zostawiłam w szkole. Narzuciłam na głowę kaptur, po czym wsiadłam w najbliższy autobus i pojechałam właśnie do szkoły.
Tam zabrałam swoje rzeczy. Wszyscy patrzyli na mnie ze współczuciem, czego ogromnie nienawidziłam. Tylko on jeden się uśmiechał.
-Jak się czujesz, Maleńka? – zapytał spokojnie. Wzruszyłam ramionami, ubierając kurtkę i wsuwając przemarznięte, przemoknięte stopy do ciepłych botków. Chłopak przytulił mnie do siebie i pocałował w czoło. – Chodź zabiorę cię stąd.
-Nie musisz tego robić. Nie lituj się nade mną – szepnęłam.
-Ale ja się nie lituję. Jesteś po prostu moją przyjaciółką i chcę ci pomóc. Ty zawsze byłaś pierwsza, gdy to ja jej potrzebowałem. Najwyższy czas, bym się odwdzięczył.
-W takim razie dziękuję – powiedziałam cicho. Wsiedliśmy do jego samochodu. Zabrał mnie do swojego domu, czym zaskoczył.
-Po co tu… - zaczęłam.
-Ciii… - uśmiechnął się. – Zostajesz u nas. Przecież nie będziesz sama mieszkała. Nie pozwolę ci.

Znów ten Travis. To przyjaciel mamy. Czy był dla niej takim przyjacielem jakim jest dla mnie Liam? Najbliższym? Kim on właściwie jest? Gdzie mieszka? Co się z nim stało? Czy wie, że mama nie żyje? Może powinnam go odnaleźć?
Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Poderwałam się na równe nogi. Spojrzałam na zegarek. Za pięć. Był nad punktualny. Zamknęłam pokój na klucz, żeby nikt nie wszedł i zbiegłam po schodach. Gdy otworzyłam drzwi, oniemiałam na jego widok.
-Och… cześć – mruknęłam.
-Cześć? A gdzie całus? – zapytał. Przybliżył się i wystawił policzek. Westchnęłam i cmoknęłam go… w usta.
-Dlaczego odwróciłeś twarz?
-Mówisz jakbyś mnie nie znała – westchnął nonszalancko. – Chodź, skarbie.
Przymrużyłam oczy. Wziął mnie za rękę i zacisnął mocno palce. Pociągnął mnie w stronę…
-O nie! Nigdy! – powiedziałam na widok motoru.
-Kotku, ale to tylko harley – roześmiał się. – Nie będę jechał szybko.
Podał mi kask i mrugnął zachęcająco. Przerzuciłam nogę i rozsiadłam się wygodnie na skórzanym obiciu.
-Musisz mnie objąć w pasie.
Oparłam się rękami i uśmiechnęłam się kpiąco. Harry poruszył brwiami i ruszył, by po chwili gwałtownie zahamować. Wpadłam na jego plecy. Niechętnie objęłam go ramionami. Po dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Poczułam ssanie w żołądku. Powinnam chyba uprzedzić Harry’ego co go czeka.
Zatrzymaliśmy się na parkingu. Zdjęłam kask i zsiadłam z motoru.
-Harry… - zaczęłam.
-Wszystko okej. Fajnie się jechało, co?
Wiedziałam, że nie da mi dojść do słowa. Westchnęłam z rezygnacją. Harry splótł nasze palce i zapytał:
-To randka, więc chyba już jesteśmy parą, co?
-To nie randka, Harry – odparłam. Teraz albo nigdy.
-Jak to?
-Chcę… - Nie umiem, nie potrafię.
-Czasu? Dobrze. Poczekam.
Jęknęłam cicho. Weszliśmy po schodach do lodziarni. Czułam jak ręką mi drży. Wsunęłam ją do kieszeni spodenek i rozejrzałam się.
-O, zobacz! Liam tam siedzi, w kącie przy oknie.
Serce mi podskoczyło. Spojrzałam we wskazanym kierunku i myślałam, że się przewrócę. To był Liam. To był mój Liam!
-Chodźmy tam – oznajmiłam.
-Po co? Przecież to nasza randka… to znaczy nasze spotkanie. Tylko we dwoje, prawda? – spytał nieco zdezorientowany.
-A kto powiedział, że tylko we dwoje? – Uniosłam brew i wysunęłam swoją dłoń.
-May. Okłamałaś mnie?!
-Nie dałeś mi dojść do słowa.
Szedł krok w krok za mną.
-O co tu chodzi? Wytłumacz mi natychmiast! – warknął zły. Odwróciłam się i powiedziałam.
-Liam to mój przyjaciel. Umówiłam się z nim, ale nie chciałam iść sama.
-Teraz to już kompletnie nie rozumiem – westchnął.
-Poznaliśmy na gadu-gadu. Od dłuższego czasu ze sobą piszemy. Liam powiedział mi, że przyjedzie do LA, żeby pracować u twojego ojca. Powiedział mi, że jesteście kuzynami. A ja, nie wiedząc co robię, poprosiłam cię, żebyś ze mną poszedł. Przepraszam. Powinnam powiedzieć ci od razu – wytłumaczyłam.
-Harry? – usłyszałam za sobą głęboki, niski głos. – Co ty tu robisz? Nie przedstawisz mi swojej… hm… dziewczyny?
Odwróciłam się i spojrzałam w brązowe tęczówki Liama.
-Cześć Liam. To ja, Maya…

Od aut.: Witajcie. Nie będę marnować czasu na tłumaczenia, dlaczego to tak długo trwało. Nie miałam czasu i na tym koniec. Pragnę jednak zakomunikować, że po skończeniu tego opowiadania zapewne opuszczę bloga. Nie mam już tyle czasu na pisanie. Pomysłów jest wiele, ale to będzie chyba koniec.
Nie mam pojęcia kiedy pojawi się nowa notatka. Niby są wakacje, ale jednak wciąż brakuje mi wolnego czasu lub po prostu mi się nie chce.
Tagi: Rozdział 12
06.08.2014 o godz. 12:26
Chapter 11

Shakira - Empire

Było mi przykro, że zaczął traktować mnie jak powietrze. Ale w końcu sobie na to zasłużyłam. Nie powinnam była się tak zachowywać w stosunku do niego. Dotarło do mnie, że… że mu na mnie zależy, a ja… nie potrafię określić swoich uczuć.
-Dziękuję dziadku – powiedziałam, gdy zatrzymaliśmy się przy kamienicy. Wysiadłam i go przytuliłam.
-Może wejdziecie? Gabby się ucieszy – zaproponował.
-Może innym razem. Powinnam być w domu, bo Monica zacznie coś podejrzewać.
-Jasne. Obiecaj mi tylko, że będziesz wpadać częściej niż dotychczas. Jeśli masz ochotę, możesz także zabrać swojego kolegę – odchrząknął. Roześmiałam się serdecznie i pomachałam mu na pożegnanie, a gdy zniknął wewnątrz budynku, odwróciłam się w stronę samochodu i otworzyłam drzwi, po czym wgramoliłam się do środka. Harry, nie spojrzawszy na mnie, ruszył w drogę powrotną.
-Harry? – zapytałam. Zacisnął zęby i nie odpowiedział. – Harry!
-Co? – syknął.
-Przepraszam, jasne?!
-Aha. Czyli według ciebie przeprosiny załatwią wszystko, ta?
-No… chyba tak – westchnęłam.
-Czy kiedykolwiek do ciebie dotrze, że mi się podobasz? Zajebiście mi na tobie zależy. Staram się jak mogę i… nic. Ignorujesz mnie. A jeśli już coś zaiskrzy, natychmiast się wycofujesz. Boisz się zaangażować? Boisz się, że kiedyś cię zranię?! – Zatrzymał gwałtownie samochód i spojrzał na mnie groźne, wciąż utrzymując ostry ton. – Kocham cię, kurwa! I nie mam pojęcia, w jaki sposób mogę to jeszcze okazać.
Resztę drogi spędziliśmy w milczeniu.
-Wysiądę tutaj – mruknęłam.
-Nie.
-Co nie? – oburzyłam się.
-Zawiozę cię pod sam dom – odparł.
-Harry, nie! Amber i Ashley pożrą mnie żywcem!
-W takim razie masz problem – zaśmiał się.
-Proszę cię – jęknęłam. – Aż tak bardzo zależy ci na tym, żeby się zemścić? Proszę bardzo, ale zrób to w inny sposób.
Wzruszył ramionami. Zatrzymał się pod moim domem.
-Do zobaczenia jutro, May. Mam nadzieję, że lody nadal aktualne?
-Nie – warknęłam.
-Widzimy się o 15 u ciebie.
Puścił do mnie oczko i odjechał. Ruszyłam żwirową alejką w stronę domu. Gdy tylko otworzyłam drzwi, naskoczyły na mnie „siostrzyczki”.
-Co ty robiłaś z Harrym?! – zapytała Amber.
-Spotkaliśmy się przypadkiem – odparłam.
-To też nazywasz przypadkiem?! – krzyknęła wściekła, pokazując mi zdjęcie z telefonu, na którym całuję się ze Stylesem. Otworzyłam usta, żeby przytaknąć, ale powstrzymałam się. To nie był przypadek. Oboje tego chcieliśmy. Uśmiechnęłam się więc triumfalnie i odrzekłam:
-To chyba nie moja wina, że podobam mu się bardziej.
Amber popchnęła mnie na drzwi od łazienki i wrzasnęła:
-Nienawidzę cię!!!
Poczułam, jak klamka wbija mi się w żebra. Ashleym która wciąż stała przede mną, poszła wolnym krokiem za zrozpaczoną bliźniaczką, rzucając mi wściekłe spojrzenie.
-Zawsze mnie nienawidziłaś. Czy da się bardziej? Znienawidź mnie i gitara - mruknęłam do siebie, po czym ruszyłam do swojej sypialni. – W prawdzie Monica mnie zabije, ale wyświadczy mi tym tylko przysługę.

Na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na klucz. Usiadłam na krześle i uruchomiłam komputer, rozmasowując bolące żebra. Podniosłam koszulkę i spojrzałam na siniaka wielkości dojrzałego jabłka. Jasna cholera! I co ja mam z nim teraz zrobić?! Całe szczęście, że nie ostałam od niej w twarz, bo wtedy miałabym dopiero problem.
Kiedy włączyłam Internet, zauważyłam jedną wiadomość. Od Liama.
L: Cześć Mayu. Czekałem na ciebie, ale najwyraźniej cię nie było. Mam nadzieję, że nasze plany na jutrzejszy dzień nie uległy zmianie. Chętnie poznam twojego chłopaka. Przepraszam za ostatnią rozmowę. Byłem przyzwyczajony do tego, że zawsze byłaś „moją May”. To fakt, że byłem trochę zazdrosny, ale mam nadzieję, że mi to wybaczysz ;) Do zobaczenia jutro :*
M: Liam? Jesteś?

Na odpowiedź musiałam czekać pół godziny.
L: Już tak. Właśnie przed chwilą dotarłem do domu wujka. Co u ciebie słychać?
M: Dzieje się dużo. Aż za dużo.

Nie mogę mu powiedzieć o testamencie, nie mówiąc wcześniej o tym, że jestem… sierotą. A przecież nie chcę, żeby się dowiedział.
L: Co się stało? Czy to coś poważnego?
M: Och… nie. Miałam małą sprzeczkę z chłopakiem. Nic wielkiego.
L: Ma pewno? Może, hm, chcesz o tym pogadać?
M: No co ty ;) Już jest wszystko okej.
L: A-ha. Wiesz…
M: Tak?
L: Będę leciał, bo wujek Robin mnie woła. Trzymaj się i do zobaczenia… jutro.
M: Do jutra.

Liam zniknął z gadu-gadu. Usłyszałam kroki na schodach. O Boże! Monica wróciła. No to po mnie…

Jakimś cudem, do wieczora nikt nie przyszedł. Spędziłam więc całe popołudnie sama ze swoją nudnawą osobą. Zdecydowałam, że lepiej będzie, jeśli już nie pokażę się na oczy nikomu. Wzięłam więc szybki prysznic i ukradkiem wróciłam do pokoju. Z torby wyciągnęłam pamiętnik mamy i otworzyłam go tam, gdzie ostatnio skończyłam. Ostatnio zawsze coś mi przeszkadzało i nie mogłam doczytać.
Wszystko miało miejsce w mieście Waszyngton w Ameryce Północnej. Missy Sanders, jako nieśmiała drugoklasistka liceum zostaje zaproszona przez bożyszcza wszystkich dziewcząt w szkole – Denisa Sparks na bal rozpoczynający wiosnę. Denis był uczniem ostatniego roku, a także najlepszym futbolistą.
Missy ubrana w turkusową, zwiewną sukienkę czekała na młodego Sparksa. Z każdą minutą napawało ją coraz większe zwątpienie, iż chłopak wystawił ją do wiatru, gdy wreszcie się pojawił. Zdyszany, ale uśmiechnięty. Miał na sobie czarny smoking. Wzięli się za ręce i patrząc na siebie zakochanymi, maślanymi oczyma wsiedli do samochodu.
Minęło trzy lata. Wtedy też Denis oświadczył się ukochanej Missy. Studiowali razem, a po skończonych naukach wzięli skromny, lecz uroczysty ślub. Niecały rok później, na świat przyszła maleńka kruszynka – Savannah.

Oderwałam się na moment od lektury. Missy? Nie było mowy o żadnej Missy! Czy to znaczy, że Gabby jest drugą żoną dziadka? Co w takim razie stało się z Missy?
Ponownie zagłębiłam się w drobnym piśmie mamy…
-Czy może mi pan wreszcie powiedzieć po co mnie tu wezwał? – zasugerowałam nieśmiało.
-No tak – odchrząknął. – Twoi rodzice mieli bardzo poważny wypadek. Pani Sparks nie żyje, a jej mąż jest w bardzo ciężkim stanie i dalej walczy – wydusił.

A więc… Savannah także straciła matkę…

Od aut.: Dałam Wam milion powodów do niezadowolenia. Pozwolę sobie na małe usprawiedliwienia. Z racji tego, że zbliża się koniec roku, musiałam poprawić kilka ocen :/ Trochę sie opuściłam w tym roku, ale tak czy inaczej jestem z siebie całkiem zadowolona. Rozdział miał pojawić się w poniedziałek, ale przygotowywałam się do wczorajszej wycieczki.
Mimo wszystko przepraszam za zaległości. Nie obiecuję jednak, że na wakacjach rozdziały będą pojawiały się często, gdyż mam dużo planów i nie będę mieć czasu.
W każdym razie, do następnego ;)
Tagi: Rozdział 11
18.06.2014 o godz. 13:38
Chapter 10


Justin Bieber - Be Alright

-Dziadku, a gdzie ty właściwie chcesz jechać?
-Proponuję zacząć od notariusza. Chyba możemy mieć wgląd do rzekomego testamentu twojego ojca, prawda? W końcu jesteś jego córką – wyjaśnił. Jak na swoje lata, szybko zbiegł po schodach. Harry patrzył to na niego, to na mnie, coraz bardziej zdziwiony.
-No, chłopcze, nie marnuj swojego cennego czasu na gapienie się na mnie, tylko prowadź. Powiem ci, gdzie jechać.
Styles wybałuszył oczy. Klepnęłam go w ramię i usiadłam z tyłu.
Na miejscu byliśmy dwadzieścia minut później. Dziadek wysiadł, nim Harry zdążył się zatrzymać i pognał do budynku.
-Nie ogarniam twojego dziadka – mruknął chłopak.
-Też go nie rozumiem. Młody to on już nie jest, a krzepę i formę ma jak szesnastolatek – zaśmiałam się. Pokręcił z niedowierzeniem głową i wyłączył samochód. Wolnym krokiem ruszyliśmy za dziadkiem. Wykłócał się z jakąś kobietą, wymachując energicznie rękami. Po chwili wskazał na mnie palcem. Uniosłam brwi i podeszłam bliżej.
-No dobrze – westchnęła kobieta z rezygnacją. Proszę za mną. Podniosła się z obrotowego krzesła i poprowadziła nas korytarzem. Zapukała do drzwi na końcu i weszła do środka. Wkroczyliśmy za nią.
-Dziękuję – zwrócił się do niej dziadek. Przy obszernym, mahoniowym biurku zasiadał niewysoki, łysawy mężczyzna. Podniósł na nas wodniste oczy i powiedział:
-Dzień dobry. Czy mogę w czymś państwu pomóc?
-O tak! Chodzi o testament Savannah i Milesa Parker. Czy byłaby możliwość jego zobaczenia? – zapytał dziadek.
-Jaki jest ku temu powód?
-Ten testament jest sfałszowany – wyjaśnił dziadek.
-Co, proszę? To nie możliwe! – obruszył się człowieczek.
-A jednak. Mayu pokaż panu oryginalny testament – zwrócił się do mnie. – Zaszła bardzo poważna pomyłka. Trzeba to natychmiast wyjaśnić. Okazało się, że pani Monica Wayne vel Parker ukryła oryginalny testament i sfałszowała go, aby przejąć cały majątek, który prawnie powinien należeć do córki Savannah i Milesa Parker.
-To nie możliwe – powtórzył cicho karzełek.
-To niech pan uwierzy i natychmiast sprawdzi tamten dokument.
-Tak… dobrze. Czy jest pan pewien? – spytał.
-Niech mnie pan nie denerwuje zbędnymi pytaniami! Tu chodzi o przyszłość mojej wnuczki! Nie dość, że biedactwo straciło obojga rodziców, to jakaś pieprzona jędza odebrała jej należny majątek! – wkurzył się.
-Dziadku? Myślę, że powinieneś trochę ochłonąć. Za bardzo się denerwujesz – zaoponowałam. Posadziłam go na krześle obok otwartego okna. W tym czasie notariusz zaczął szukać czegoś w swojej szafce.
-Chwilę to może potrwać, więc prosiłbym o cierpliwość – mruknął, zerkając na nas znad okularów. Pokiwałam głową i zwróciłam się szeptem do Harry’ego:
-Nie było dobrym pomysłem prosić dziadka o pomoc.
-Ja mam całkiem inne zdanie – odparł.
-Harry, czy ty nie widzisz, co się z nim dzieje? Zrobił się bardzo nerwowy, a to mu nie służy. Ma swoje lata. Nie powinien się tak spinać – warknęłam przez zaciśnięte zęby. Dziadek spojrzał na nas spod przymrużonych powiek:
-Co tam mówicie?
-Nic, nic – westchnęłam. Usiadłam na skórzanej kanapie i rozejrzałam się po gabinecie notariusza. Harry spoczął obok mnie.
-Co do tego… - zaczął.
-Zapomnij o tym!
-CO?! Zwariowałaś! Przecież ci się podobało i w ogóle… Tak mi się wydawało – odpowiedział rozeźlony.
-Będzie lepiej dla nas obojga, jeśli w ogóle o tym zapomnimy. To nie miało miejsca – wymruczałam prawie bezgłośnie.
-Przestań się bawić moimi uczuciami. Przez cały czas mnie zwodzisz. Za jednym razem dajesz mi wolną drogę, za drugim udajesz niedostępną. Zastanów się dobrze, co czujesz naprawdę. Idę się przewietrzyć. Będę czekał przy samochodzie.
Po tych słowach wyszedł trzaskając drzwiami. Przez chwilę patrzyłam za nim z niedowierzeniem. Z zamyślenia wyrwał mnie głos człowieczka:
-Jest – powiedział. Poderwałam się i podeszłam bliżej.
-Gdzie twój kolega? – zapytał dziadek.
-Wyszedł na zewnątrz – odparłam od niechcenia. Dziadek wziął testament do rąk i zaczął go uważnie śledzić. Nastała głucha cisza. Słychać było tylko tykanie zegara.
-Wszystko przepisała na siebie. Co za…
-Nie kończ – poprosiłam.
-Daj ten twój – mruknął. Wyciągnęłam testament i podałam dziadkowi. Porównał oba i prychnął. – Niech pan sam spojrzy i oceni. Który wydaje się bardziej prawdopodobny.
-Ciężko mi ocenić. Nigdy nie dostarczono mi tego testamentu.
-Bo ta kobieta jest zbyt sprytna. Wszystko sobie zaplanowała. Tylko o to jej chodziło. O majątek – odrzekł dziadek. – Powinniśmy chyba gdzieś to zgłosić, nieprawdaż?
-Tak, ale jest jeden problem.
-Jaki?
-Mogą państwu nie uwierzyć. Nie macie porządnych dowodów. Tak samo mogą uznać ten za sfałszowany. Trzeba go poddać dokładnej analizie. Będę musiał wysłać to do Nowego Jorku… - westchnął. Dziadek otworzył szeroko usta.
-Jak długo to może potrwać?
-Dwa tygodnie minimum. Postaram się nieco przyspieszyć ten proces.
Dziadek uniósł ręce w geście kapitulacji i rzekł:
-Zostawię panu moją wizytówkę. W razie czego, niech pan dzwoni. Chodź, Mayu. Idziemy. Dziękuję.
Wziął mnie pod rękę i wyciągnął z gabinetu.
-Sądziłem, że to pójdzie znacznie szybciej – westchnął.
-Nie ty jeden, ale cóż zrobić. Musimy w takim razie czekać.
-To i tak za długo trwa – powiedział.
-Daj spokój, dziadku. I tak mi bardzo dużo pomogłeś. Jestem ci dozgonnie wdzięczna.
-Nie, to ja jestem wdzięczny. Cieszę się, że do mnie z tym przyszłaś.
-Nie wydaje mi się. Zrobiłeś się bardziej nerwowy – odparłam. Machnął ręką.
-Taki stary dziad jak ja już ma – roześmiał się.
-Nie jesteś jeszcze taki stary – zawtórowałam mu.
-Swoje lata już mam.
Wyszliśmy przed budynek. Obok samochodu stał Harry. Obdarzył mnie obojętnym spojrzeniem, jakby w ogóle mu nie zależało. A może mi nie zależało? Ja nigdy nikogo nie kochałam i nie wiem, jakie to uczucie. Nie potrafię określić tego, co czuję do Harry’ego. Lubię go. Bardzo go lubię. Ale nie wiem, czy kocham. I to jest problem, bo Harry… najwyraźniej zakochał się we mnie.

Od aut.: Witam Was nowym rozdziałem. Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam. Powiem szczerze, że straciłam kontrolę nad tym, co tworzę. Także za wszystkie niedopowiedzenia przepraszam, bo nie wiem, co piszę :3
Tagi: Rozdział 10
01.06.2014 o godz. 14:59
Chapter 9


AWOLNATION - Sail

W głowie miałam pustkę. Co zrobić? Do diabła, co zrobić? Tak okazja… Pierwszy pocałunek z najprzystojniejszym chłopakiem… Ale czy chcę tego?
Było za późno…
Poczułam miękkie, ciepłe wargi Harry’ego muskające moje usta. Rany, jakie to przyjemne!
Chłopak otworzył usta. Poczułam to. Czy on chce… Och nie! Chciałam się odsunąć, ale zatrzymała mnie jego duża dłoń na moim karku.
-Rozluźnij się – szepnął. Jego język przesuwał się po moich wilgotnych wargach. Odważyłam się i lekko je rozchyliłam. Zacisnęłam powieki. Rozluźnij się, Maya, rozluźnij! Język Harry’ego wdarł się do środka. Oddałam pocałunek. Chłopak przyciągnął mnie do siebie. Moje piersi rozpłaszczyły się na jego torsie. Jego wolna ręka powędrowała na moje biodro. Pogładził mnie po udzie, po czym wsunął ją pod koszulką. Pogłaskał moje nagie plecy. Na ciele wyskoczyła mi gęsie skórka. Zadrżałam.
Nagle ktoś zastukał w szybę. Odskoczyliśmy od siebie jak poparzeni. Obok stał policjant. Zażenowana zasłoniłam twarz włosami, słyszałam tylko głosy.
-Przepraszam, nie chcę przeszkadzać – odezwał się wesołym tonem. Zapewne do żywego rozbawiła go ta sytuacja. Mi nie było do śmiechu. – Ale czy nie zauważył pan, że tu jest zakaz parkowania?
-Przepraszam. Nie zwróciłem uwagi… - zaczął się tłumaczyć Harry.
-Proszę o prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Nie dziwię się, że pan nie zauważył – dodał, śmiejąc się cicho. Styles szturchnął mnie w nogę, ale nie miałam zamiaru podnieść wzroku.
-Cóż… Tym razem panu daruję – powiedział po chwili. – Jednak proszę pamiętać, aby wcześniej znaleźć lepsze miejsce na taki przystanek.
I odszedł, cały czas się śmiejąc.
-Mieliśmy szczęście – westchnął brunet. Spojrzałam na niego zła.
-Zwariowałeś?!
-A to zależy, pod jakim kontekstem.
-Pod każdym!
-Ale nie ukryjesz faktu, że byłaś wniebowzięta.
Założyłam ręce na piersiach i odwróciłam głowę. Było mi tak wstyd. A jeśli ktoś nas zobaczył? Z naszej szkoły? Nie dadzą mi żyć. Szczególnie Amber i Ashley.

Pół godziny później staliśmy przed drzwiami do mieszkania dziadka i czekaliśmy, aż nam otworzy. Chciałam iść sama, ale Harry mnie nie puścił, więc musiałam zabrać go ze sobą.
-Nie po to przyjechałem, żeby siedzieć bezczynnie – skwitował, zanim wysiedliśmy z samochodu.
Otworzyła babcia. Uściskała mnie mocno i pocałowała w policzek, po czym zażądała przedstawienia „kolegi”.
-Harry Styles, przyjaciel Mai – powiedział, zanim zdążyłam się odezwać.
-Tylko przyjaciel? – zapytała, uśmiechając się.
-No może coś więcej – odparł Harry, potrząsając dłonią babci. Spiorunowałam go wzrokiem, gdy się odwróciła. Wzruszył ramionami. Ruszyliśmy do pokoju gościnnego, gdzie zastałam dziadka, czytającego prasę.
-Zobacz kto przyfrunął – odezwała się babcia. Starszy mężczyzna zdjął okulary i spojrzał na mnie.
-Na Boga! Maya! Jak ja cię dawno nie widziałem! – zawołała. Wstał z kanapy i podszedł do mnie. Przytulił mnie mocno i pocałowała. – Cała Savannah.
Uśmiechnęłam się smutno.
-A to kto? – zapytał wskazując chłopaka.
-Chłopak naszej małej dziewczynki – wyjaśniła babcia. Otworzyłam usta, żeby zaprzeczyć, ale nie pozwolono mi na to. – Siadajcie, kochani. Zrobię herbatę. Przed południem był Missy, więc upiekłam ciasto.
Poszła do kuchni, a my usiedliśmy na kanapie.
-Dziadku… mam poważną sprawę – powiedziałam.
-Czy coś się stało?
-Bardzo dużo rzeczy się wydarzyło w ostatnim czasie. Chyba nawet za dużo. Znasz Monicę, prawda? Wiesz, jaka ona jest. – Kiedy dziadek pokiwał głową, kontynuowałam. – Ma fioła na punkcie bycia bogatą. Według testamentu, to ona jest właścicielką restauracji mamy. Tak też myślałam. Dopóki nie znalazłam czegoś bardzo istnego.
-A mianowicie? – zapytał.
-Oryginalny testament. Podczas sprzątania sypialni Moniki, natknęłam się na pudełko. Domyśliłam się, że jest ono przeznaczone dla mnie. Znalazłam tam wiele pamiątek po rodzicach, głównie po mamie i był też ten testament. – Położyłam na stole białą kopertę. Dziadek sięgnął po nią i zajrzał do środka. – Nie wiem, co robić. Nie mam znajomości, a chcę znaleźć dobrego prawnika. Dlatego też zwróciłam się do ciebie, bo ty na pewno kogoś znasz. Kogoś godnego zaufania, ale i niezbyt drogiego, bo mnie nie stać…
-Dobry Boże! – wykrzyknął dziadek, przerywając mi. Do salonu wpadła babcia, z pytaniem na ustach, ale nie pozwolił jej dojść do słowa. – Co za oszustka! Trzeba to natychmiast zgłosić do notariusza i na prokuraturę. Toż to przestępstwo! Coś takiego podlega karze grzywny i ograniczenia wolności!
-Co się stało? – spytała wreszcie babcia.
-Monica Wayne vel Parker sfałszowała testament Savannah i Milesa. Do diabła! Macie samochód? Jedziemy, natychmiast.
-Chwileczkę! – odezwała się babcia. Była trochę zła. – Dopóki dzieci nie wypiją herbaty, nigdzie nie pójdziecie. Dajże im odpocząć!
Dziadek opadł na kanapę, a babcia w tym czasie przyniosła po filiżance herbaty i ogromnym kawałku ciasta cappuccino.
-Macie samochód? – ponowił pytanie. Był trochę zniecierpliwiony. Harry pokiwał głową. – A już miałem nadzieję na spokojną starość. Najpierw Laura i Travis, teraz Monica.
Zamarłam. Czy on… czy on powiedział Travis?!
-Czy ty przed chwilą wymieniłeś imię Travis? – zapytałam.
-Tak, a bo co?
-Ja… widziałam jego zdjęcia. Kim on jest?
-Był – poprawił mnie dziadek. – Był najlepszym przyjacielem twojej mamy. Potem ją zdradził. Ale został do tego zmuszony.
-Odnalazłam pamiętnik mamy. Sądzisz, że może tam być o nim napisane? – spytałam.
-Rzecz oczywista. Dzieciaki świata poza sobą nie widziały, dopóki się nie wydało…
-A Laura?
-Sądzę, że o niej także przeczytasz. Nigdy nie widziałem pamiętnika Savannah, ale z pewnością nie omieszkała o niej nie wspomnieć.
Dopiłam herbatę i poczekałam na Harry’ego. Po chwili i on był gotowy.
-A teraz jedziemy. Już ja jej pokażę…

Od aut.: Wstyd mi. Po prostu mi wstyd...
Tagi: Rozdział 9
21.05.2014 o godz. 14:56
BĄDŹCIE ŚWIADOMI TEGO, ŻE TA NOTKA BĘDZIE BAAARDZO DŁUGA



Pierwszy dzień w nowej szkole. Wydawało się, że będzie jednym z najgorszych. Prawda jednak okazała się być mile zaskakująca. Zostałem ciepło przyjęty przez rówieśników. Jedyne wolne miejsce siedzące było obok drobnej brunetki
o hipnotycznie zielonych, świdrujących oczach. Nie potrafiłem oderwać wzroku od pięknej istoty. Gdy tylko lekcja dobiegła końca, dziewczyna zerwała się i jako jedna
z pierwszych opuściła klasę. Nie mogłem wytrzymać i podążyłem za nią. Niedaleko szkoły stał kram z kwiatami. Podszedłem bliżej i kupiłem krwistoczerwoną różę.

17 lat życia bez matki. Nigdy nie poznałam swojej rodzicielki. Kobieta zmarła przy porodzie. Został mi tylko ojciec, którego praktycznie nie było w domu. Ciągle gdzieś wyjeżdżał. Brakowało mi miłości i zrozumienia. Doszedłszy do domu, otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Ruszyłam do kuchni, gdzie przygotowałam sobie prowizoryczny obiad. Wychodząc po schodach, usłyszałam nieśmiałe pukanie. Westchnęłam i poszłam zobaczyć, ale ku mojemu zaskoczeniu, nikogo nie było. Pomyślałabym, iż to tylko wymysł mojej bujnej wyobraźni, gdyby nie czerwona róża leżąca pod progiem. Rozejrzałam się dokoła, po czym podniosłam ją i przytknęłam do nosa. Wróciłam do środka.

Zamknęła drzwi, a ja ze szczeniackim uśmiechem ruszyłem do domu. Byłem tak szczęśliwy, że nic nie mogłem z siebie wydusić. A mama mnie nie poznała. Była zaskoczona i cały czas mówiła, że ktoś podmienił jej syna.

Od owej niespodzianki z różą minął równy miesiąc. Zdążyłam już o niej zapomnieć. Nadszedł 12 października. Nie spodziewałam się niczego szczególnego, prócz tego, że mieliśmy mieć dwie kartkówki i sprawdzian. To był najgorszy dzień. No, może prawie. Wróciwszy do domu, byłam padnięta. Weszłam do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Już miałam odetchnąć z ulgą, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi.
-Boże! Litości. Kogo znów niesie? – westchnęłam zrezygnowana. Nie miałam innego wyjścia niżeli powtórnie zejść na dół i otworzyć drzwi. Zrobiwszy to, byłam bardzo zaskoczona. Nie spodziewałam się bowiem tutaj… Paula! Chłopak uśmiechnął się
i wyciągnął w moją stronę dwie czerwone róże.
-Cześć Hathaway – odezwał się pierwszy. Odchrząknęłam nieco zmieszana jego obecnością.
-Och… Hej… Co ty tu robisz? – udało mi się wreszcie cokolwiek powiedzieć. Zarumieniłam się trochę. – Może wejdziesz?
-Raczej nie. Chodź ze mną. Chciałbym coś ci pokazać – uśmiechnął się tajemniczo.
-A nie jest troszkę za późno? – zapytałam.
-Ubierz się ciepło – powiedział. – Czekam na ciebie na zewnątrz.
-No dobrze – odrzekłam. Założyłam adidasy na stopy i narzuciłam kurtkę. Wzięłam klucz z haczyka i wyszłam. Na podjeździe stał duży motor, ścigacz jeśli się nie mylę. Zachłysnęłam się powietrzem i wytrzeszczyłam oczy.
-Masz zamiar tym mnie przewieźć?! – wykrztusiłam. Pokiwał nieznacznie głową. Zamknęłam drzwi i skierowałam się w stronę szatyna. Chłopak podał mi zielony kask. Sam założył drugi, czarny. Pomógł mi usadowić się z tyłu i wskoczył do przodu.
-Trzymaj się mocno! – krzyknął. Po chwili usłyszałam głośny warkot silnika. Zacisnęłam ramiona w pasie Paula i zamknęłam oczy. Wiatr omotał całe moje ciało, szastając po odsłoniętej części policzków. Wreszcie zebrałam się na odwagę i powoli podniosłam powieki. Jechaliśmy przez las. Miałam wrażenie spadania w dół. Paul znacznie zwolnił
i skręcił w lewo, na polną drogę. Kilka minut później zatrzymał się. Zsiadłam ze ścigacza. Zachwiałam się. Nogi trzęsły mi się jak galareta. Adrenalina, do tej pory płynąca wraz
z krwią, ustąpiła. Wzięłam głęboki oddech, rozglądając się dokoła.
-Gdzie my w ogóle jesteśmy? – zapytałam drżącym z emocji głosem.
-To moje miejsce – odparł szeptem. Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale przytknął palec wskazujący do moich warg. Wziął mnie za rękę i pociągnął ku sercu cudownej łąki. Położył się na trawie. Zrobiła to samo.
-Zobacz w górę. Co widzisz?
-Gwiazdy – mruknęłam, nie widząc w tym najmniejszego sensu. Zza drobnych chmur powoli wyjrzał srebrzysty księżyc. Świecił prosto na nas.
-Przypatrz się uważnie – powiedział. Wytężyłam wzrok, ale nie mogłam dostrzec niczego innego.
– Tam jest Mały Wóz. Tutaj jest Wielka Niedźwiedzica. Nadążasz?
Spojrzałam na gwiazdy. Z początku nie widziałam nic, prócz jasnych kropek świecących na granacie nieba. Po chwili jednak, oczami wyobraźni, narysowałam linie, łącząc błyszczące ciała niebieskie w konstelacje. Zauroczona tym widokiem cicho westchnęłam.
-Piękne, prawda? – wyrwał mnie z zamyślenia.
-Tak – wyszeptałam.
-Odwiozę cię do domu – powiedział po ponad godzinie.
Wstał jako pierwszy i podał mi dłoń. Skorzystałam z pomocy. Stanęłam tuż przed szatynem.
-A nie chciałaś jechać! – rzekł i uśmiechnął się.
-Strasznie bym żałowała – odpowiedziałam. Centralnie nad nami błyszczał księżyc. Jego poświata oświecała nasze wesołe twarze, pozostawiając na nich jasne smugi. Chłopak położył dłoń na moim policzku. Kciukiem musnął moje wargi. Pochylił się nade mną
i złożył pocałunek na ustach. Oparłam rękę na jego karku, czując gorącą bijące od Paula. Oderwaliśmy się od siebie gwałtownie, aczkolwiek niechętnie.
-Przepraszam – zająknął się.
-Nic się przecież nie stało – odparłam drżącym jeszcze głosem,
-Chodźmy już – dodał. Pomógł mi wsiąść na motor i zawiózł do domu.

Wydarzenie z tej nocy przyczyniło do tego, iż zostaliśmy parą. Byłam bardzo zauroczona Paulem, jak i wszystkim, co się z nim wiązało. Wiedziałam już, że bardzo kocham tego chłopaka i nie mogę bez niego żyć.

12 września mijała pierwsza rocznica od czasu, kiedy się poznaliśmy. Ten dzień był szczególny. Chciałem ponownie zabrać Hathaway na leśną polanę i przygotować piknik. Wskoczyłem na ścigacza i szybko ruszyłem drogą w stronę domu mojej dziewczyny. Zatrzymałem się przy pobliskiej kwiaciarni. Kupiłem 12 najpiękniejszych krwistoczerwonych róż i położyłem je w schowku pod siedzeniem, żeby nic im się nie stało. Ponownie odpaliłem maszynę. Jechałem bardzo szybko. I tak już byłem spóźniony. Przyspieszyłem, chociaż było ograniczenie prędkości. Zbliżałem się do ostrego zakrętu,
a przede mną wolno poruszał się samochód.
-Raz kozie śmierć – mruknąłem i włączyłem kierunkowskaz. Za coś takiego dostałbym mandat i karę grzywny, ale co tam. Dla ukochanej zrobiłbym wszystko. Nagle światła pojazdu pędzącego z naprzeciwka oślepiły mnie. Szybko skręciłem
w prawo, ale straciłem panowanie nad motorem. Wyrzuciło mnie z siedzenia
z ogromnym impetem. Moim ciałem rzucało we wszystkie strony. Po chwili poczułem, jak zderzam się z ziemią. Potworny ból promieniował z kręgosłupa, powodując spazmatyczne dreszcze. Jednak wszystko odeszło gwałtownie. Cała udręka zniknęła jak ręką odjął. Czułem, jakbym się unosił w górę. Otworzyłem więc oczy. Spojrzałem w dół. Ujrzałem swoje ciało bezwładnie leżące między drzewami. Ubranie było potargane,
a z głowy sączyła się krew. Zobaczyłem biegnących w moim kierunku ratowników medycznych. Podniosłem wzrok. Oślepiło mnie światło. Ale było przyjemne i ciepłe. Otuliło mojego ducha niczym ciepła, puchowa kołdra, usiłując porwać do góry. Nie opierałem się tejże ochocie. Sam pragnąłem się tam dostać. Chciałem iść w tamtym kierunku, ale coś mnie trzymało, jakby kajdanki. Wiedziałem, że to moja bezgraniczna miłość do Hathaway. Musiałem wrócić. Nie mogłem jej zostawić. Ponownie spuściłem wzrok. Wkładali mnie do karetki. Powoli zniżyłem się na dół, wracając do ciała. Straciłem przytomność…

Minęło dużo czasu i zbliżała się dziewiętnasta. Paul powinien być dwie godziny temu. Na domiar złego telefon milczał jak zaklęty. Zdenerwowana zaparzyłam sobie herbaty
i wykręciłam po raz enty numer do chłopaka. Jednak po raz enty nie odbierał. Westchnęłam. Pewnie zapomniał. Ale jak można zapomnieć o takim dniu?!Może bateria mu padła i nie podłączył do ładowarki. Boże! To nie możliwe. A może… może… już mu się znudziłam, nie kocha mnie albo w ogóle nie kochał. Na tę myśl zrobiło mi się przykro i łzy napłynęły do oczu, chętne do wydostania się. Odgoniłam je mruganiem. Pozostała mi tylko nadzieja. Tak… Nadzieja Matką Głupich. Dlaczego prawda musi być tak bolesna?!
Nagle rozdzwonił się mój telefon. Podskoczyłam jak poparzona i odebrałam.
-Halo? – zapytałam. Przez jakiś czas nikt nie odpowiadał. Było słychać tylko szum
i… pociąganie nosem? – Halo?
-Cześć Hathaway – usłyszałam głos… matki Paula!
-Dzień dobry pani Scott – powiedziałam. – Niech pani powie Paulowi…
-Już mu mówiłam – odparła.
-To dlaczego… - zaczęłam, ale kobieta ponownie mi przerwała.
-To nie jest rozmowa na telefon. Zaraz do ciebie przyjadę.
-Ale… - chciałam coś powiedzieć, jednak rozłączyła się. Usiadłam zdenerwowana. Ręce poczęły mi drżeć. Zacisnęłam je w pięści, aż zbielały mi kłykcie. Po kilku minutach usłyszałam dzwonek do drzwi. Poderwałam się w górę i otworzyłam. Ujrzałam mamę Paula, całą roztrzęsioną i zapłakaną.
-Co się stało? – zapytałam przerażona.
-Paul… On… Miał wypadek – odrzekła drżącym głosem. Serce podskoczyło mi do gardła. Oblał mnie zimny pot, a z moich rąk wysunął się kubek z herbatą, rozpryskując ciepły napój dokoła i roztrzaskując się na drobne kawałki. Oparłam się o ścianę
i nabrałam powietrza w płuca. Na niewiele się to jednak zdało. Przed oczami tańczyły czarne plamy z każdą chwilą się powiększające. Moje ciało bezwładnie osunęło się po ścianie. Powoli traciłam nad nim kontrolę.
-Hathaway! Hathaway! – wołała pani Kate. Nagle poczułam lodowatą ciecz spływającą po mojej twarzy. Zachłysnęłam się i otworzyłam oczy. Wszystkie objawy omdlenia powoli ustępowały. Odetchnęłam głęboko.
-Dziękuję – powiedziałam. – Czy on… czy Paul żyje?
-Tak. Jest nieprzytomny przez cały czas – odparła.
-Pójdę się przebrać.
Chwiejnym krokiem ruszyłam do swojego pokoju. Gotowa wróciłam do przedpokoju.
-Da pani radę prowadzić samochód? – zapytałam.
-Tak.
Wsiadłyśmy do jej auta. Kobieta jechała szybko. Po około dwudziestu minutach byłyśmy pod szpitalem. Zaczęłam się zastanawiać, jak długo wytrzymają moje nerwy. Weszłyśmy do środka. Mama Paula rozmawiała z recepcjonistką, a ja nerwowo stukałam nogą
o podłogę.
-Chodź. Możesz do niego na chwilę wejść – odezwała się pani Scott. Podeszłam do drzwi, za którymi znajdował się Paul. Wzięłam głęboki wdech o nacisnęłam klamkę. Spojrzałam na łóżko i od razu łzy napłynęły do moich oczu. Usiadłam obok chłopaka, ujmując jego bladą, zimną dłoń.
-Kocham cię Paul – wyszeptałam.

Mijały dni. Paul był w śpiączce farmakologicznej. A ja odwiedzałam do codziennie. Wypłakiwałam wszystkie łzy. Nie mogłam normalnie funkcjonować, nie czując tego rozkosznego mrowienia na ustach, plecach, dłoniach oraz jego ciepłego dotyku. Pragnęłam choć na kilka minut oderwać się od tej rzeczywistości. Poszłam więc do najbliższego klubu. Usiadłam przy barze i zamówiłam drinka. Wypiłam go duszkiem. Ciecz spłynęła do mojego żołądka, paląc niemiłosiernie przełyk. Wzięłam głęboki wdech i poprosiłam o następnego. Napój spowodował, że zrobiło mi się gorąco. Ściągnęłam bluzę. Pijąc piąty trunek, dostrzegłam, że ktoś siada obok mnie. Spojrzałam na niego. Był to niebieskooki blondyn, dobrze zbudowany. Uśmiechnął się do mnie promiennie.
-Co taka piękna dziewczyna robi sama w nocnym klubie? – zapytał.
-A co? Nie wolno? – warknęłam.
-Wolno, wolno. Coś się stało?
-Wszystko się stało – odburknęłam. Spojrzałam w jego wodniste oczy. Były rozbiegane. Pewnie facet podchmielony.
-Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia – powiedział.
-Ciekawe jaką? – prychnęłam.
-Mogę i pomóc.
-Mi już nikt nie pomoże – westchnęłam.
-Skąd wiesz? Chodź. – Wyciągnął rękę w moim kierunku. – Chodź.
Nie zastanawiając się długo ujęłam jego dłoń. Chłopak pociągnął mnie w stronę schodów. Wyszliśmy na dach klubu.
-Jak masz na imię? Ja jestem David.
-Hathaway – odparłam. Chłodny wiatr owinął się wokół mojego ciała, chcąc unieść mnie w górę. Do nieba…
-Masz – podał mi coś, co wyglądało jak papieros.
-Ja nie palę! – obruszyłam się.
-Ale to nie jest fajka. To ci pomoże. Uwierz mi.
-No nie wiem – mruknęłam.
-Masz moje słowo – szepnął. Wyciągnął zapalniczkę, zapalając nasze papierosy. Zaciągnęłam się pierwszy raz. Gryzący dym rozprzestrzenił się w moim gardle, przedostając się do płuc. Zaczęłam się krztusić i mocno kaszleć. David poklepał mnie po plecach. Jednak zamiast przestać, kontynuowałam. Kiedy dopaliłam skręta, coś zaczęło się ze mną dziać. Zrobiło mi się lekko na serce i na duszy. Wszystkie troski
i zmartwienia ulotniły się z mojej głowy, odpływając z nurtem rzeki szczęścia
i radości. Zaczęłam się śmiać, a David mi wtórował. Rozłożyłam ręce. Miałam wrażenie, że się unoszę, coraz wyżej i wyżej…
-Ja latam! – krzyknął chłopak. Biegł w stronę krawędzi, niebezpiecznie się do niej zbliżając. A ja? A ja śmiałam się głupkowato. Chciałam biec za blondynek, który zniknął mi z pola widzenia. Wtedy właśnie się opamiętałam. Znów zrobiło mi się ciężko i źle. Wszystko wróciło. O Boże! David skoczył! Podeszłam bliżej krańca dachu. Usłyszałam tylko jego krzyk. Zbiegłam z powrotem do klubu. Podeszłam szybko do barmana.
-Halo! Chłopak spadł z dachu! – krzyknęłam. Młody mężczyzna spojrzał na mnie
i wziął telefon do ręki. Wybiegłam na zewnątrz, idąc w kierunku Davida.
-David! David! Powiedz, że żyjesz. Proszę.
Po chwili ktoś wziął mnie za ramiona i odciągnął. Obejrzałam się. Barman.
-Puszczaj! Trzeba mu pomóc! – wrzeszczałam, wyrywając się.
-On nie żyje, dziewczyno. Złamał kark – odparł, zaciskając mocniej dłonie. Łzy napłynęły do moich oczu, wolno spływając po policzkach. Przyjechało pogotowie
i policja. Ostrożnie zabrali blondyna i pojechali. Komisarz zadawał jakieś pytania, ale ja już niczego nie słyszałam wyłączyłam swój umysł.

Po kilku dniach zaczęłam odczuwać wyraźną potrzebę zapalenia skręta, ale nie wiedziałam jak je zrobić, a tym bardziej jak zdobyć potrzebne składniki. Policja ciągle do mnie wydzwaniała, pytając o okoliczności śmierci Davida. Tylko ja wiedziałam, co się tak naprawdę wydarzyło. Byłam jedynym świadkiem. Nie chciałam udzielać im żadnych szczegółowych informacji, chociaż sekcja zwłok wykazała, że chłopak miał dużo narkotyku we krwi. Przedawkował, co było moją winą, jak wszystko inne. Gdybym nie poszła z nim na ten dach, to pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej. On by żył, a ja nie miałabym ochoty się zaciągać. Musiałam zdobyć lek, który mi pomógł. Bez zastanowienia zasmakowałam zakazanego owocu. Pragnienie nasilało się z każdą sekundą. Wszedłszy do środka, przeczesałam wzrokiem salę. Szukałam osób, które
w przynajmniej jakimś stopniu były podobne do Davida. Nie musiałam długo szukać.
W oczy rzucała się grupa młodych ludzi. Podeszłam do nich nieśmiało. Jeden
z chłopaków był zabójczo podobny do Davida. Kiedy na niego patrzyłam, zobaczyłam, że podnosi wzrok i świdruje mnie zimnymi jak lód oczyma. Wstał
i podszedł do mnie.
-Czego tu szukasz? To nie jest miejsce dla ciebie - powiedział chłodno.
-David… - zaczęłam. Nie potrafiłam niczego więcej powiedzieć. Blondyn spojrzał na mnie najsmutniejszym wzrokiem, jaki kiedykolwiek widziałam. Zrobiło mi się przeraźliwie przykro.
-Znałaś go? – zapytał. Pokiwałam głową. – Wiesz jak zginął, prawda? Widziałaś to.
-Tak – szepnęłam.
-To był mój brat.
A więc bracia. Bliźniacy, zapewne.
-Posłuchaj, potrzebuję pomocy – ściszyłam Gos.
-W czym ja mógłbym ci pomóc – prychnął.
-Nie udawaj głupiego! Wiesz na pewno, o co mi chodzi – westchnęłam, przewracając oczami.
-Chodzi ci o prochy? – na jego twarzy dostrzegłam nieznaczny uśmiech.
-Nie – jęknęłam. – Coś podobnego do papierosa. David mi to raz dał. Błagam, pomóż mi. Musze to mieć.
-Marihuana – mruknął po nosem.
-To jak?
-No dobra. Załatwię ci to. Na kiedy?
-Już! – powiedziałam głośno. Kilka osób spojrzało na mnie z wyraźną niechęcią. Pewnie mieli mnie za jakąś wariatkę…
-Kurczę… - zaczął blondyn. – Spróbuję coś skombinować, ale to trochę kosztuje. No
i mam jeden warunek.
-Zapłacę ile chcesz. Zrobię wszystko, tylko błagam, daj mi to!
-Chodź ze mną.
Wyszliśmy na zewnątrz. Chłopak wyciągnął telefon z kieszeni i gdzieś zadzwonił. Ja w tym czasie wyłączyłam swój umysł, zatruty myślą i chęcią zapalenia.
-Załatwiłem – mruknął po chwili. Przytuliłam do mocno i pocałowałam w policzek.
-Dziękuję ci, dziękuję! – zawołałam. Odsunął mnie od siebie stanowczo aczkolwiek delikatnie.
– Bez takich ceregieli, proszę. Obejdzie się i bez tego – odrzekł.
-Wybacz.
-Teraz powiedz mi, co David zrobił.
-Co?! Ja… - zaczęłam zaskoczona.
-Obiecałaś.
-On… Wtedy, tu w barze, poznałam go. Zaproponował, że pomoże mi oderwać się od codzienności i problemów. Poszliśmy więc na dach klubu. Poczęstował mnie skrętem. Na początku byłam przeciwna, ale gdy poczułam, że to naprawdę jest pomocne, nie żałowałam. Wszystko jednak skończyło się kilka minut później. I wtedy dotarło do mnie, że David skoczył. Przedawkował – powiedziałam cicho. Spojrzałam na chłopaka. W jego i tak już smutnych oczach pojawiły się szklane łzy.
-Nie ty jeden straciłeś kogoś bliskiego – dodałam. – Przykro mi.
Po chwili podjechał do nas czarny samochód.
-Dostawa – mruknął. Podszedł do auta i zniknął w jego wnętrzu. Kiedy wysiadł, zobaczyłam, że trzyma w ręku brązową, małą paczkę.
-Dobra, mała. 510 dolarów i jesteśmy kwita – odezwał się.
-Ale ja tyle nie mam – jęknęłam zrezygnowana.
-Nie ma forsy, nie ma towaru – odrzekł.
-Czekaj! Ja przyniosę! Zaraz. Daj mi trochę czasu. Niedługo będę z powrotem, okej? – zapytałam.
-Jeśli nie będzie cię za dziesięć minut, nie dostaniesz – odparował i zniknął w klubie, zostawiając mnie samą. Puściłam się biegiem w stronę domu. Samochód ojca stał na podjeździe. Wpadłam zdyszana do środka. Nigdzie się nie świeciło. Spał. Z lodówki zdjęłam pudełko z pieniędzmi na różne wydatki typu zakupy. Wzięłam oszczędności
i wróciłam do klubu.
-Właśnie miałem sprzedać kumplom – odezwał się. Podałam mu przyniesione pieniądze
i zabrawszy swoją paczkę opuściłam bar.
Idąc do domu, ostrożnie zajrzałam do środka. Trzy nieduże woreczki foliowe za pół tysiąca?! Toż to zdzierstwo!
Kiedy tylko znalazłam się w domu, wysypałam zawartość paczki na biurko. Wzięłam jedną działkę do ręki. Przyglądnęłam się jej z bliska. Ostrożnie ją otworzyłam. Pociągnęłam nosem, wdychając zapach upragnionego narkotyku.
-Tylko ten jeden raz – powiedziałam. Byłam całkowicie pewna swoich słów. Oprócz trzech woreczków, był jeszcze jeden z białymi papierkami. Wyciągnęłam jeden z nich. Przyjrzałam mu się. Położyłam go na biurku i sypnęłam trochę marihuany. Zwinęłam go w rulonik. W kieszeni znalazłam zapalniczkę. Otworzyłam okno i zapaliłam skręta. Zaciągnęłam się dymem. Zaczęłam się krztusić, ale próbowałam dalej. Po kilku razach przyzwyczaiłam się. Kończąc, zamknęłam oczy. Kiedy je na powrót otworzyłam, zobaczyłam, że jestem na łące. I to nie byle jakiej. Pięknej! Skądś ją znałam. Spojrzałam w górę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to Mały Wóz. Nagle gwiazdy zaczęły spadać. Były coraz bliżej. Krzyknęłam. Czułam rwący ból w miejscach, gdzie mnie uderzały. Po chwili niebo było puste. Został tylko księżyc. Zbliżał się
z niebezpieczną prędkością. Zleciał na mnie.
Poderwałam się. Ostrożnie wyjrzałam przez okno. Wszystko wyglądało normalnie. Rzuciłam okiem na swoje ramiona, podrapane do krwi. Syknęłam z bólu. To nie było przyjemne. Co on mi w ogóle dał? Okłamał mnie? Zasnęłam z głową pełną wątpliwości
i pytań bez racjonalnego wyjaśnienia.

Musiałam odwiedzić Paula. Poszłam do szpitala. Była tam jego mama. Jej oczy były pełne łez. Codziennie. Od dwóch tygodni. Na jej twarzy na ułamek sekundy zawitał nikły uśmiech. Weszłam do środka. Usiadłam na krześle, nie wiedząc co powiedzieć, jak się zachować.
-Paul – szepnęłam. – Brakuje nam ciebie, wiesz? Nawet pani Brown za tobą tęskni. Jest mi ciężko bez ciebie. Bardzo. Wróć do mnie.
Wydawało mi się, że jego ręka łagodnie drgnęła. Uznałam to za wymysł, jak wszystko inne. Uścisnęłam jego dłoń, dyskretnie odgarniając ciemne włosy z czoła. Przed wyjściem, subtelnie musnęłam jego usta.
-Tak mi przykro – dodałam na odchodnym i opuściłam jego pokój, następnie szpital. Dziwnym trafem znalazłam się w domu. Ciągnęło mnie, by zapalić. Nałóg zwyciężył. Przysiadłam na parapecie. Sztachnęłam się. Już nie kaszlałam. Kończąc skręta, znów zobaczyłam gwiazdy. Tym razem krążyły wokół mnie, unosząc w przestworza. Zaśmiałam się cicho. Byłam wysoko, coraz wyżej. Wreszcie się zatrzymałam
i… zaczęłam spadać w dół. Piszczałam głośno, wrzeszczałam, wołałam o pomoc. Nikt nie przyszedł. Nagle wyrwałam się z transu. Leżałam na łóżku. Odetchnęłam z ulgą. Poczułam swąd dymu. Zerwałam się. Pod oknem, od skręta, palił się dywan. Pobiegłam do łazienki po wodę. Szybko ugasiłam ogień. Niestety, ulubiony dywan mamy dawał się tylko na śmietnik. Zwinęłam go i wyniosłam do kosza. Powróciłam do środka. Nagle zadzwonił mój telefon.
-Hathaway! Paul się obudził! – powiedziała jego matka. Moje serce podskoczyło radośnie.
-Mogę przyjść? – poprosiłam. Nie zdążyła odpowiedzieć, bowiem się rozłączyłam i już pędziłam do szpitala. Znalazłszy się na oddziale, wpadłam na panią Scott.
-Hathaway – zatrzymała mnie. – On niczego nie pamięta.
Te słowa były jak sztylet. Zadały mi tak wiele bólu.
-Przykro mi – szepnęła przez łzy. Chciała mnie przytulić, ale ją odsunęłam. Wejrzałam do jego pokoju. Siedział na łóżku i rozmawiał z lekarzem. Na jego kolanach spoczywał album. Pokazywał mi go, gdy pierwszy raz u niego byłam. Naraz szatyn spojrzał na mnie. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, nie uśmiechnął się. Zamknęłam drzwi i odeszłam. Pozostała nikła nadzieja, że sobie wszystko przypomni i będzie jak dawniej, znów zajmiemy „naszą ławkę”. Wróciłam do domu. Zapaliłam skręta. Zobaczyłam płaczące gwiazdy. Smuciły się ze mną. Z naszych łez utworzyła się kałuża, z każdą sekundą się powiększająca. Woda wypełniała całe pomieszczenie. Pobiegłam w stronę drzwi. Szarpałam się z nimi, ale nie ustąpiły. Na suficie utworzył się wodospad, spadający centralnie na mnie. Zachłysnęłam się. Jego fale zalały całe moje ciało… Nie było dla mnie ratunku. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki „obudziłam się”. Stałam pod prysznicem. Strumień zimnej wody zmoczył mnie. Zakręciłam kurek. Wytarłam się
i przebrałam. Wtedy zrozumiałam, że muszę zrobić wszystko. Wyjdę z nałogu. Zrobię to dla Paula. Kocham go najmocniej na świecie, a przecież miłość potrafi zdziałać cuda.

Minął miesiąc. Zapisałam się na terapię i dzięki pomocy taty, pani Scott i Paula, powoli wychodziłam na prostą. Czułam się o niebo lepiej. Już wiedziałam, że jeden nieuważny czyn, a życie legnie w gruzach. Branie jest najgorsze z najgorszych. Gdyby nie to, że Paul się obudził, byłoby po mnie. To on dodawał mi sił do walki, choć przychodziły chwile słabości. On mnie wspierał w takich momentach, tłumaczył. Powoli wracała mu pamięć. Wspomagaliśmy się wzajemnie. Chłopak powstrzymywał mnie przed narkotykami, a ja wspomniałam czasy, zanim uległ tragicznemu wypadkowi, z którego cudem uszedł
z życiem. Każdego dnia dziękowałam Bogu, że go oszczędził. Był wszystkim, co miałam.
-Cześć Hathaway – odezwał się, wchodząc do mojego pokoju. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
-Witaj Paul – zaćwierkałam. Podbiegłam do niego i przytuliłam, całując w policzek.
-Muszę ci coś powiedzieć.
-Słucham cię – odparłam, wzdychając.
-Wiesz, ja… bardzo cię lubię…. Jesteś naprawdę wspaniałą dziewczyną. Tyle dla mnie zrobiłaś. Pomogłaś przywrócić wspomnienia. Niestety. Tylko jedno zanikło na zawsze. Moja miłość do ciebie. Przykro mi. Nie potrafię obdarzyć cię uczuciem, jakim ty darzysz mnie. Nie umiem cię pokochać, choć bardzo tego pragnę. Przepraszam – wyszeptał. To całkowicie wystarczyło, by wbić mi nóż w serce. Bezpowrotnie.

Od Aut.: Widzicie to opowiadanie? Jeśli je przeczytaliście, pozwólcie, że powiem parę słów od siebie.

Powyższą historię zaczęłam pisać w październiku, bodajże, jeśli się nie mylę. Miałam czas do 10 stycznia. Przed tym dniem musiałam wysłać je do Jasła na XIX konkurs literacki dla dzieci i młodzieży. Tak też uczyniłam. Wielokrotnie wyobrażałam sobie, że wypadłam całkiem nieźle. Pragnęłam zostać przynajmniej wyróżniona. Czekałam, bardzo długo z resztą na wyniki. Na ogół jestem osobą niecierpliwą, więc muszę przyznać, że było ciężko.
Dziś, podczas gdy przygotowywałam gazetkę, zajrzała do mnie koleżanka z klasy. Wspomnę, że owa dziewczyna także wysłała swoją pracę na tenże konkurs. Zagadnęła, czy dostałam zaproszenie na rozstrzygnięcie i wręczenie nagród. Zaskoczyłam się. Zapytałam jej, skąd ma to zaproszenie. Odparła, że dała jej je sekretarka. A ja nie dostałam nawet tego pieprzonego zaproszenia. Kiedy wróciłam do domu nie potrafiłam powstrzymać łez. Łez żalu. Poznałam gorzki smak przegranej. I wiecie co? Doszłam do wniosku, że nie dość, iż jestem zajebiście NAIWNA i PECHOWA, to nie mam talentu. Jakiś czynnik musiał wpłynąć na to, że nie dostałam tego głupiego zaproszenia.
Właśnie pozbawiono mnie jedynej rzeczy, którą tak bardzo kochałam. Nie potrafię pisać. A ta notatka jest formą pożegnania. Odchodzę i nie wiem, czy dam radę kiedyś wrócić. Wyobrażałam sobie Bóg wie co, a wyszło z tego jedno wielkie nic. Zero, kurwa! Nigdy nie przypuszczałam, że skończę z pisaniem, ale po co? Po co to kontynuować, skoro nic mi w życiu nie wychodzi. Jebane beztalencie.
Podsumowując:
•na tym blogu spędziłam ponad półtora roku
•napisałam łącznie 6 opowiadań, w tym jedno nie dokończone
•obserwuje mnie 56 osób
•mój profil odwiedzono prawie 45 tys. razy
•udało mi się zebrać 574 komentarze
Dziękuję Wam za wszystko i przepraszam, ale nie potrafię sobie teraz poradzić i znaleźć miejsca. Zawsze będę o Was pamiętać...

Tagi: koniec ?
30.04.2014 o godz. 18:24
Chapter 8


ze specjalną dedykacją dla wspaniałej sexy-chick której komentarze doprowadzają mnie do łez ze śmiechu :3

One Direction - You and I

-Mayu, wiesz, że to bardzo poważna sprawa… jeśli chodzi o testament… - podrapał się po karku.
-Wiem, Harry. Ona podrobiła testament. W urzędzie jest fałszywy. Ale nikt mi nie uwierzy, przecież wiesz. Jestem głupią 17-latką, a takie mają za kłamczuchy… - westchnęłam ciężko.
-Ależ nie. Myślę, że to się da jakoś rozwiązać. Potrzebujemy tylko dobrego prawnika.
-Potrzebujemy? – zdziwiłam się.
-Chyba nie myślisz, że cię samą zostawię.

Weszłam do domu omijając z daleka Monikę. Nawet na mnie nie spojrzała. Wbiegłam szybko po schodach do swojego pokoju i włączyłam komputer. Musiałam czekać dziesięć minut. W między czasie odrobiłam zadanie z matematyki. Gdy tylko podłączyłam Internet, napisał Liam.
L:Cześć Mała. Co słychać?
M:Cześć Liam. Wszystko w porządku. Przed chwilą wróciłam z randki.

Pseudo-randki.
L:Mmm… to super.
Coś mi tu nie pasowało. Czyżby się nie cieszył, że jego przyjaciółka ma chłopaka? Wiem, że to stek kłamstw, ale…
M:Niedziela nadal aktualna, tak?
L:To znaczy… wolałbym jednak, żebyś przyszła sama…
M:Ale jak to? Przecież się umawialiśmy. Sam chciałeś go poznać!
L:Chyba jednak nie chcę…
M:Możesz mi to wytłumaczyć?
L:To nie jest rozmowa na teraz. Idę. Cześć.
M:Czekaj!

Niestety, Liam już zniknął. Boże… Czy wszyscy kuzyni Harry’ego to taki idioci? Nie, żebym chciała kogoś obrażać, no ale naprawdę…
Włączyłam przeglądarkę i zaczęłam szukać dobrego prawnika. Znalazłam chwilę potem, ale co z tego, jeśli jedna wizyta była bardzo kosztowna. Jednym słowem klepałam biedę i nie było mnie stać. Nie ma szans, chyba, że… Dziadek! No, że też wcześniej na to nie wpadłam. Super, tylko czym dojadę? Autobusem za daleko… Znów Harry. Cóż… widocznie takie moje przeznaczenie. Jestem skazana na tego chłopaka.
Wzięłam telefon i wybrałam jego numer. Odebrał po pierwszym sygnale.
-Cześć May – usłyszałam jego seksownie zachrypnięty, miękki głos. - ?
Potrząsnęłam głową.
-Eee… no tak… dzwonię, żeby…
-Nie obwijaj w bawełnę, tylko mów.
-Potrzebuję cię – westchnęłam. Dopiero po odpowiedzi Harry’ego zauważyłam, jaką popełniłam gafę.
-Ja ciebie też. Zaraz będę. Tylko musimy gdzieś jechać w ustronne miejsce, żeby twoja mama nas nie przyłapała w dwuznacznej sytuacji…
Zamknęłam oczy i przyłożyłam rękę do czoła.
-Głupku! Nie chodzi mi o kochanie się. Potrzebuję transportu – warknęłam. Co za zboczony gość.
-A to trzeba było tak od razu – zaśmiał się. – Ale wiesz… w między czasie…
-Nie ma żadnego ‘w między czasie’.
-Nawet buziak?
-Nawet buziak.
-Jeszcze się okaże – wymruczał, po czym przerwał połączenie. Rany Julek. Zaczynam się bać, na poważnie.
Wzięłam torbę i wybiegłam z domu. Nie miałam ochoty na podejrzliwości ze strony sióstr i macochy. W oddali dostrzegłam czarnego mustanga. Zatrzymał się obok mnie.
-Wsiadaj. Gdzie cię podrzucić, księżniczko?
Rzuciłam mu dziwne spojrzenie. Ni to złość, ni zaskoczenie. Uśmiechnął się niewinnie. Otworzył drzwi i wskazał siedzenie obok.
-Wolałabym siedzieć jak najdalej od ciebie.
-Aż tak mnie nie lubisz? Nie rozumiem zatem, dlaczego zechciałaś iść ze mną na lody.
-Kpisz ze mnie? Akurat zastanawiałam się nad odwołaniem spotkania.
-Randki – poprawił mnie z chytrym uśmieszkiem. Spojrzałam na niego spode łba. Pokręciłam głową, zachowując ripostę dla siebie.
-Daruj sobie – mruknęłam tylko.
-Dlaczego?
-Bo tego nie lubię, jasne?
-May, ja…
-Powiedziałam ci. Daj sobie spokój. Nie masz u mnie szans.
Zatrzymał gwałtownie samochód. Rzucił mi przeciągłe spojrzenie.
-Proszę jedźmy, bo się zrobi korek.
Za nami stały dwa auta, których kierowcy byli wyraźnie zniecierpliwieni. Harry nacisnął pedał gazu.
-Co ty kombinujesz? – zapytał spokojnym głosem, ale wiedziałam, że jest zły. Ba! Wściekły.
-Nie rozumiem…
-Masz mnie za idiotę? Wygląd to nie wszystko…
-W twoim przypadku wszystko. Wystarczy lśniący uśmiech i już pierwsza lepsza mdleje na twój widok.
-Przestań, dobrze? A tak w ogóle, to nie powiedziałaś mi, gdzie jedziemy.
-Och… Do moich dziadków. A konkretnie dziadka.
Uniósł brew. Znów to uczucie.
-Myślę… mam nadzieję, że zna dobrego prawnika. Szukam namiarów.
Skinął głową. Przez dłuższy czas żadne z nas się nie odezwało.
-Mayu?
-Tak?
Zatrzymał samochód na poboczu i spojrzał na mnie. Dostrzegłam jego rękę przysuwającą się do mnie. Dotknął mojego ramienia. Nie zrobiłam niczego. Przecież to nic wielkiego… Po chwili zauważyłam, że jego twarz niebezpiecznie się zbliżyła. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie mogę mu pozwolić, żeby… Och! A nawet jeśli, to ja się nigdy… nie całowałam. Nie! Przecież mówiłam, że nie ma u mnie szans, a teraz… już nie jestem pewna.
-Harry. Jedźmy, dobrze? – zapytałam drżącym głosem. Wiedziałam bowiem, co się stanie za chwilę. Za wszelką cenę chciałam tego uniknąć. Jednak chłopak najwyraźniej próbował doprowadzić do…
-Dlaczego nie dasz mi tej szansy, co? Odkąd pamiętam, staram się tobie zaimponować. Chcę… Spodobałaś mi się, wiesz?
Spuściłam głowę. Włosy zasłoniły moją czerwoną twarz. Harry uniósł mój podbródek i odwrócił w swoją stronę. Dzieliły nas milimetry. A ja miałam wrażenie, jakby wciąż się przybliżał. I się nie myliłam. Nasze nosy się zderzyły. Wtedy myślałam, że wybuchnę. Moje serce biło teraz z zawrotną szybkością. Jeszcze trochę i nasze usta się zetkną. Jeszcze trochę i dojdzie do czegoś, czego wcześniej tak bardzo unikałam…

Od Aut.: Bywają wzloty i upadki. A to należy do tych drugich..


Tagi: Rozdział 8
22.04.2014 o godz. 18:22
Chapter 7


Demi Lovato - Fix a Heart

Spojrzałam na nią przerażona. Serce podskoczyło mi do gardła. Zachowaj pozory, zachowaj pozory, nie daj po sobie niczego poznać..
-Jakie niebieskie pudełko? – zapytałam naturalnym głosem, zaskakując samą siebie. – Nie rozumiem, o co ci chodzi.
Zmarszczyłam demonstracyjnie brwi.
-Kłamiesz! – wrzasnęła. Pociągnęła mnie za bluzkę i mocno mnie popchnęła. Wpadłam na biurko, uderzając udem o kant.
-Nie kłamię, przysięgam! – odparłam. Nagle zrobiła coś co mnie totalnie zszokowało. Spoliczkowała mnie… Przyłożyłam chłodną i wilgotną od zimnego potu dłoń do piekącego miejsca. Łzy napłynęły mi do oczu. Powoli, jedna za drugą spłynęły po policzku. Coraz szybciej, coraz szybciej i szybciej…
Usiadłam na krześle i schowałam twarz w dłoniach. Słyszałam tylko kroki Moniki, gdy chodziła po pokoju szukając pudełka. Modliłam się, żeby nie zajrzała w to jedno miejsce…
Po chwili wyszła. Bez niczego. Nie znalazła go. Odetchnęłam z ulgą. Dzięki Ci, Boże. Spakowałam kilka drobiazgów do torebki i wyszłam. Nie powiedziałam nic macosze. Miałam ją gdzieś. Ją i jej wredne córki(czyt. krowy). Ruszyłam powoli ulicą. Było ładna pogoda i miałam nadzieję, że tak już zostanie do końca dnia, bo nie wzięłam parasola…
Nagle, jak na złość, ciemne chmury zasnuły firmament. Zaczął kropić deszcz. Spięłam mięśnie i zaczęłam biec. Skręciłam do warsztatu Robina. Weszłam do małej kafejki. Odłożyłam torebkę i usiadłam na krześle. Zamówiłam duże latte z bitą śmietaną i posypką czekoladową. Uwielbiam. Po kilku minutach dostałam swoje zamówienie. Zaczęłam powoli sączyć gorący napój. Z torebki wyciągnęłam pamiętnik mamy. Otworzyłam go na drugiej stronie. Tam ostatnio skończyłam i zaczęłam czytać: Zbudowana bowiem jest na wzajemnej miłości, jak i szacunku dwojga ludzi. Teraz, jako 27-letnia kobieta inaczej postrzegam sens tego wszystkiego. Trzymam w ręku długopis i rozpoczynam coś nowego, coś przełomowego. Przelewam na papier wszelakie wspomnienia związane z moją przeszłością. Kolejnym, równie ważnym celem, jest przekazanie najważniejszych wartości w życiu… Nie chodzi tu tylko o miłość, ale także o cierpienie, które sprawiło, iż jestem tym, kim jestem.
Oderwałam na chwilę wzrok, słysząc dźwięk dzwoneczka zamocowanego nad drzwiami. Zobaczyłam go. Wszedł do środka. Wiatr rozwiał jego bujne, ciemne loki, a zielone oczy były jeszcze bardziej hipnotyczne i intensywne niż zazwyczaj. Powoli sunął wzrokiem po całej kafejce. Moje serce zabiło mocniej. Powoli zamknęłam notes. Nagle zatrzymał się na mnie. Patrzył się centralnie na moje oblicze. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Na jego twarz wstąpił szeroki uśmiech. Ruszył w moją stronę, powoli stawiając każdy krok przy którym kołysał się lekko na boki.
-Cześć, piękna. Mogę usiąść? – zapytał. Pokiwałam głową. Wcisnęłam notes do torebki i napiłam się kawy. Podeszła do nas kelnerka, obdarzając Harry’ego promiennym uśmiechem. Wkurzyłam się, zwłaszcza, że na mnie nie zwróciła najmniejszej uwagi.
-Co podać? – spytała słodkim głosikiem.
-Poproszę to samo, co moja dziewczyna – odparł, opierając się. Zakrztusiłam się, głośno kaszląc. Moja dziewczyna?! Kelnerka spojrzała na mnie zniesmaczona, po czym odeszła. Harry poklepał mnie delikatnie po plecach.
-Okej?
-Moja dziewczyna?! – wyszeptałam, chociaż miałam wielką ochotę wrzasnąć.
-Chciałem, żeby się odczepiła z tym uśmiechem – powiedział lekkim tonem, dziwiąc się jakby moją reakcją. Rzuciłam mu spojrzenie typu: idiots, idiots everywhere, po czym wróciłam do picia kawy.
-Wykorzystujesz fakt, że jesteś przystojny. Dziewczyny, nawet kobiety! mają cię za boga lub co najmniej herosa ze starożytnej Grecji – mruknęłam.
-Ty też tak uważasz, nieprawdaż? – Zaczerwieniłam się lekko.
-Chyba śnisz.
-O tak. Śnię o tobie każdej nocy. Mam piękne sny…
-Koszmary – poprawiłam go. Pochylił się, przyciągając moją twarz bliżej i wyszeptał:
-Nie, skarbie. Śniło mi się, że przyszłaś do mnie w nocy, ściągnęłaś bluzeczkę…
Obrzuciłam go wściekłym spojrzeniem.
-Za kogo ty mnie masz, co? Za łatwą laskę? Radzę zastanowić ci się dwa razy, zanim cokolwiek powiesz. Jesteś zbyt pewny swojej racji – warknęłam.
-Hej, Maya. Uspokój się, ja tylko żartuję – zaoponował.
-Nie lubię, jeśli ktoś stroi sobie ze mnie żarty – odrzekłam. Wstałam od stołu. Harry złapał mnie za nadgarstek.
-Usiądź.
-Zostaw mnie – wysyczałam. – Z naszego niedzielnego spotkania nici.
-Jak to? Idziemy razem tam gdzie chciałaś – odparł, nie puszczając mojej ręki. Dostrzegłam kelnerkę idącą w stronę naszego stolika. Usiadłam. Jednak Harry najwyraźniej nie miał zamiaru przynajmniej rozluźnić uścisku. Młoda dziewczyna uśmiechnęła się do nas sztucznie i pospiesznie odeszła, zerkając ukradkiem na nasze złączone dłonie. Wyrwałam rękę. Przynajmniej planowałam.
-Nie wyrywaj się, skarbie – mruknął, popijając kawę.
-Harry puść mnie – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
-Dlaczego, May? – Uniósł jedną brew tak, jak tylko on potrafił… Odgoniłam od siebie wszelkie myśli na temat Harry’ego.
-Proszę. Muszę już iść.
-Co to jest? – spytał.
-Co?
-To na policzku. O tutaj – odparł, dotykając miejsca, gdzie 15 minut temu uderzyła mnie macocha.
-Nie wiem o czym mówisz – odpowiedziałam.
-Ktoś cię uderzył? – Puścił nadgarstek, delikatnie gładząc policzek.
-Nic mi nie jest, jasne? – Odsunęłam jego rękę, coraz bardziej zdenerwowana.
-Maya, powiedz. Przede mną nie ukryjesz niczego, wiesz?
-Chcesz wiedzieć?
-Tak, chcę. Najlepiej wszystko o tobie.
Spojrzałam w jego zielone oczy. Wpatrywał się we mnie uważnie. Ale w tym wzroku było coś jeszcze. Zatroskanie? Opiekuńczość? Miłość?
-To nie jest takie łatwe, jak ci się wydaje – zaczęłam powoli.
-Nie obwijaj w bawełnę, May. Mów.
-Macocha mnie uderzyła – wyjaśniłam cicho i pospiesznie. Chciałam iść, ale mnie zatrzymał.
-Jak to: uderzyła?
-Normalnie. Podniosła dłoń i pieprznęła mnie w policzek.
-Za co?
-Za głupie pudełko.
-Co to za pudełko? – dopytywał.
-Niebieskie. Było w jej sypialni. Schowane w szafie. Należało do mnie, od rodziców. Miałam je dostać, ale nie dała mi go. Były tam pamiątki moich rodziców. I coś jeszcze. Testament…

Od Aut.: Tra-gicz-nie. Wiem. A po za tym z ogromnym spóźnieniem. Wybaczcie. Mało czasu. Nauka, codziennie sprawdziany, kartkówki. Do tego projekt edukacyjny... Czy mam jeszcze jakichś czytelników?
Jak myślicie, czy Harry pomoże Mai?

Tagi: Rozdział 7
09.04.2014 o godz. 16:40
Chapter 6


Elen Levon - Wild Child

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Na jego twarzy natychmiast pojawił się szeroki uśmiech.
-Zapraszasz mnie? - zapytał.
-No tak. Chyba, że nie chcesz, to trudno - odparłam.
-Chcę, ale...
-Ale?
-W niedzielę po południu przyjeżdża mój kuzyn i...
-Może się nim jeszcze nacieszysz, co?
Boże! W co ja się pakuję! Jestem tak głupia, że to mnie przerasta.
-Racja. A więc... o której mam być?
-Hm... u mnie o trzeciej. Do zobaczenia - powiedziałam i ruszyłam szybkim krokiem przez korytarz. Już czuję, że to źle się skończy, ale co tam. Raz się żyje.

Przez resztę dnia unikałam Harry’ego jak ognia. Nie chciałam spojrzeć mu w oczy. Czułam się trochę głupio. Stawiam go i siebie z resztą w bardzo niezręcznej sytuacji. On ma udawać mojego chłopaka, o czym nie wie. A Liam… kiedy zobaczy swojego kuzyna u mojego boku, zacznie się dopytywać, od kiedy jesteśmy razem, przecież Harry nic nie mówił. I… wtedy wszystko się wyda… Nie! Muszę to odwołać! Poproszę kogoś innego.
-Harry? Możemy pogadać? – zapytałam, gdy złapałam go po lekcjach.
-Jasne. Słucham cię – odparł.
-Bo wiesz… ja… nie sądzę, aby… nie wiem, czy to dobry pomysł, ale…
-Tak? – Uniósł prawą brew. To wyglądało tak… seksownie.
-Już nic. Nie ważne. Do zobaczenia.
Nie mogłam. No nie potrafiłam odmówić. Rany! Co ze mną? Nigdy się tak nie zachowywałam. Zawsze byłam otwarta, mówiłam wprost, to co myślę. Nigdy nie obwijałam w bawełnę.
Westchnęłam głęboko i odwróciłam się. Ruszyłam w stronę autobusu czekającego pod szkołą. Wsiadłam do środka i zajęłam swoje miejsce. Oparłam głowę o szybę. Coś się ze mną dzieje nienaturalnego. Ja to nie ja. Głupia! Mogłam w ogóle się z nim nie umawiać!
Autobus zatrzymał się przed moim domem.
-Do widzenia – mruknęłam pod nosem, wysiadając. Weszłam do pustego domu. Powędrowałam do kuchni. Nalałam sobie soku pomarańczowego do szklanki i zabrałam się za przygotowanie obiadu. Przepis wzięłam z zeszytu mamy i muszę przyznać, że jak na moje możliwości wyszło mi całkiem smacznie. Wróciła Monica z wrednymi krowami i Maksem. Usiedli przy nakrytym już stole w jadalni. Podałam obiad i poszłam do swojego pokoju. Włączyłam komputer i gadu-gadu. Liam dostępny.
L: Cześć Mała.
M: Cześć Liam. Fajnie, że piszesz.

Fajnie, nie fajnie. Co za różnica. Teraz już było mi wszystko jedno.
L: Właśnie zaczynam się pakować. Jutro w nocy już wyjeżdżam. Cholernie nie mogę doczekać się, kiedy wreszcie cię zobaczę.
M: Super. Fajnie, że się zobaczymy.
L: Może jednak wyślij mi swoje zdjęcie, żebym cię łatwiej rozpoznał.
M: Myślę, że nie ma takiej potrzeby. Rozpoznamy się bez problemu.
L: Serio? Mam nadzieję. Nie potrafię wyrazić tego, co teraz czuję. Jak to się świetnie złożyło, że mieszkasz w Los Angeles i znasz mojego kuzyna. A może poproszę go, żeby poszedł ze mną, co?
M: Lepiej nie.

O rany! W co ja się pakuję?
L: A więc…
M: Tak?
L: Powiedz mi, jak wygląda twój chłopak.
M: Liam, przecież zobaczysz go w niedzielę.
L: No dobrze. A jak będziesz ubrana?
M: Skąd mam wiedzieć, co ubiorę w niedzielę? A ty?
L: Też nie wiem.

Głupie pytania. Wszystko schodziło na zły tor. Nie tak miało to wyglądać!
L: Przepraszam. W porządku?
M: Taaak.
L: To dobrze. Ale teraz na serio. Co się stało?
Dlaczego on zawsze musi wiedzieć, że coś się stało??
M: Nic wielkiego. To tylko mama.
L: Coś nie układa się między wami.
M: Od śmierci taty w szczególności, ale wcześniej też nie było cudów.
L: Czy ty coś przede mną ukrywasz?
Cholera!
M: Nie, skądże!
L: Słuchaj, jestem twoim przyjacielem, prawda? Mnie możesz powiedzieć o wszystkim.
M: Nie o wszystkim, Liam. Traktuję cię jak przyjaciela, ale nie zapominaj, że się nie znamy w ogóle. Cyberprzyjaźń to coś innego niż ta zwykła. Czasami po prostu nie mam zaufania.
L: Naprawdę?

Wiedziałam, że uczyniłam mu tym przykrość.
M: Naprawdę, ale nie odbierz tego źle. Bo skąd mam wiedzieć, kim jesteś naprawdę? Nigdy cię nie widziałam.
L: A chcesz zobaczyć?
M: Zobaczymy się w niedzielę, a teraz muszę iść. Mama mnie woła. Wybacz.
L: W porządku. Trzymaj się. Pa ;*
M: Papa.

Pospiesznie wyłączyłam gadu-gadu. Schowałam twarz w dłoniach. Brnę w to wszystko coraz bardziej. Dlaczego nie wycofałam się w odpowiednim czasie? Śmiało mogłam zakończyć naszą znajomość i nic by się nie stało. Szlag!
-Maya! Wołałam cię! Głucha jesteś?! – wrzasnęła macocha, wpadając do mojego pokoju.
-No co? – burknęłam, odwracając się w jej stronę.
-Musimy poważnie porozmawiać.
-Nie mamy o czym – mruknęłam, ale się trochę zdenerwowałam. Poważna rozmowa? To nie wróży niczego dobrego.
-Obawiam się, że mamy – powiedziała. Miała wypieki na twarzy, oczy wręcz kipiały wściekłością, a usta były wydęte. – Wyłącz to pudło!
Podeszłą bliżej i wyciągnęła kabel z kontaktu.
-Ej!!
-Grzeczniej, co? Nie dość, że jesteś na moim utrzymaniu, to jeszcze się tak odzywasz! Twój ojciec zostawił mnie z tobą i z tą pieprzoną restauracją!
-Na utrzymaniu?! Pieprzę takie utrzymanie! – krzyknęłam. Podniosła dłoń i wymierzyła mi mocny policzek. Zszokowana usiadłam na krześle. Przyłożyłam dłoń do piekącego miejsca.
-Złodziejko! Kto ci pozwolił grzebać w moich rzeczach? – warknęła.
-Kazałaś mi posprzątać, więc to zrobiła – szepnęłam. Odchrząknęłam.
-Kto ci pozwolił zabrać niebieskie pudełko?!

Od Aut.: Rozdział powinien pojawić się już tydzień temu, ale jakoś się tak rozleniwiłam, że go nie napisałam. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. Dziękuję Wam za osiem komentarzy pod poprzednim. Nawet nie wiecie ile dla mnie znaczą. Kocham Was miśki ;*
Tagi: Rozdział 6
15.03.2014 o godz. 13:46

Liebster Award

Nominacja od Unrequited-Love-JB

1.Jak masz na imię?
Ania
2.Ile masz lat?
15
3.Jaki masz kolor włosów?
Ciemny blond
4.Masz rodzeństwo? ]
Brata
5.Imię Twojej/Twojego przyjaciela/przyjaciółki?
Sylwia
6.Co chciałbyś/chciałabyś robić w przyszłości?
Mam dużo marzeń, ale jeszcze nie jestem pewna :)
7.Ulubione danie?
Pizza
8.Ulubiony kolor?
Niebieski
9.Ulubiona piosenka?
Ellie Gouldin - I Know You Care
10.Ulubione blogi z bloblo?
http://sexy-chick.bloblo.pl
http://fuck-everything-im-belieber.bloblo.pl
http://imbelieber.bloblo.pl
http://cocosanqa20.bloblo.pl
11.Co zainspirowało Cię do prowadzenia bloga?
Jak większość, kocham pisać <3

Nominacja od Foreverstar

1.Jak masz na imię?
Ania
2.Co cię inspiruje do pisania bloga?
Szczerze, to nic wielkiego. Po prostu kocham to robić
3.Ulubiona muzyka?
Każdy rodzaj
4.Ile masz lat?
15
5.Co robisz w wolnym czasie?
Bardzo dużo rzeczy. Najwięcej czytam i piszę
6.Ulubiony przedmiot?
Angielski i polski
7.Skąd jesteś?(miasto,województwo)
Małopolska, powiat tarnowski, malownicza wieś Ołpiny
8.Jakie blogi lubisz czytać?
http://sexy-chick.bloblo.pl
http://fuck-everything-im-belieber.bloblo.pl
http://imbelieber.bloblo.pl
http://cocosanqa20.bloblo.pl
9.Masz rodzeństwo lub zwierzaka?
Młodszego brata i psa ;)
10.Kim chcesz być w przyszłości?
Pisarką i psychologiem
11.Kogo chciałabyś zobaczyć w realu?(np.jakąś gwiazdę)
One Direction, Justina Biebera

Nominacja od sexy-chick

1. Jak masz na imię?
Ania
2. Ile masz lat?
15
3. Ulubiony gatunek filmów?
Dramaty, komedie
4. Najgorszy film jaki oglądałaś?
Nie pamiętam
5. Najlepsza książka jaką czytałaś?
Wszystkie
6. Kawa vs Herbata?
Herbata
7. Słone vs Słodkie?
Oba
8. Wierzysz w przyjaźń damsko-męską?
Oczywiście, choć zazwyczaj kończy się to miłością :/
9. Ploty z przyjaciółką vs romantyczna randka z chłopakiem?
Raczej to drugie ;)
10. Film w którym chciałabyś się znaleźć?
Dramat. Chciałabym odegrać główną rolę. Chora dziewczyna spełniająca swoje marzenia...
11. Film który wzruszył cię do łez?
Nowi is good - genialny!

Nominacja od CarmenBlue

1. Od kiedy piszesz bloga?
Półtora roku, dokładnie od 20 października 2012 roku.
2. Ile masz lat?
15
3. Ulubiona piosenka?
Ellie Goulding - I Know You Care
4. Ulubione blogi na bloblo?
http://sexy-chick.bloblo.pl
http://fuck-everything-im-belieber.bloblo.pl
http://imbelieber.bloblo.pl
http://cocosanqa20.bloblo.pl
5. Ulubiony cytat?
"Człowiek jest wiel­ki nie przez to, co po­siada, lecz przez to, kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi" ~ Jan Paweł II
6. Bez czego nie ruszasz się z domu?
Telefonu, słuchawek, długopisu, notesu i książki
7. Imię najlepszej przyjaciółki/najlepszego przyjaciela?
Sylwia
8. Jak masz na imię?
Ania
9. Co robisz w wolnym czasie?
Bardzo dużo czytam i piszę
10. Najlepsza książka jaką czytałeś/czytałaś?
"Igrzyska śmierci", ale było ich znacznie więcej. No i jeszcze "Niezgodna" - świetna!
11. Najbardziej znienawidzony przez ciebie przedmiot w szkole?
Fizyka i matematyka. Grr...

Nominacja od Cocosanqa20

1. Jak masz na imię?
Ania
2. One Direction vs Justin Bieber?
One Direction, ale Justina też uwielbiam!
3. Ulubiony blog?
http://sexy-chick.bloblo.pl
http://fuck-everything-im-belieber.bloblo.pl
http://imbelieber.bloblo.pl
http://cocosanqa20.bloblo.pl
4. Co Cię skłoniło do pisania bloga?
Kocham pisać opowiadania
5. Masz jakąś fobię?
Tak i to nie jedną
6. Trzy rzeczy bez których nie możesz się obyć?
Telefon, słuchawki, książka i zeszyt.
7. Masz chłopaka/dziewczynę?
Nie mam i nie planuję mieć chłopaka.
8. Ulubione miejsce na Ziemi?
Jest takie jedno... leśna polana. Nikt chyba o niej nie wie.
9. Harry Styles vs Zayn Malik?
Zdecydowanie Zayn, aczkolwiek Harry'ego także bardzo lubię ;)
10. Ulubiona kreskówka?
Nie oglądam
11. Czytasz mój blog?
Tak

Nominacja od crazy-mofos

1. Jak masz na imię ?
Ania
2. Jakie masz zainteresowania ?
Pisarstwo, psychologia
3. Co robisz w wolnym czasie ?
Czytam książki
4. Rzecz jakiej nienawidzisz ?
Raczej takiej nie ma. Jest tylko pewna osoba.
5. Zauroczenie czy zakochanie , ma to dla ciebie wielką różnicę ?
Ogromną
6. Łatwo powiedzieć "kocham" ?
Nie
7. Dlaczego piszesz bloga ?
Bo kocham to robić
8. O czym marzysz ?
Na chwilę obecną zostać psychologiem
9 . Co sądzisz o zabijaniu zwierząt ?
Jestem przeciwko
10 . Ulubione wspomnienie z dzieciństwa ?
Bardzo dużo takich ;)
11. Cecha którą uwielbiasz u osoby płci przeciwnej ?
Inteligencja, troskliwość
09.03.2014 o godz. 10:56
Chapter 5


Little Mix - Little Me

Z trudem przełknęłam ślinę. Jak to możliwe?
Natychmiast zatrzasnęłam notes. Nie powinnam tego czytać. To się źle skończy.
Wrzuciłam go do torby i wstałam.
Podeszłam do swojej szafki. Wykręciłam kod i ją otworzyłam. Wyciągnęłam książki do historii i schowałam pamiętnik. Dlaczego był w niebieskim pudełku? Czy rodzice chcieli, żebym go przeczytała? Czy dzięki temu dowiem się o nich więcej niż wiem?
Mamo, pomóż! Co mam zrobić?
Może jednak to nie taki zły pomysł, ale to jest naruszenie prywatności...
Nie wiem, naprawdę nie wiem...

Był czwartek. Dziś miałam pomóc w restauracji, oczywiście za darmo. Bo ja tylko od tego jestem.
Po lekcjach zmierzyłam do "dziecka" mojej mamy. Denerwuje mnie wystrój. Monica zrobiła z tego cukierka. To już nie było to, co dawniej...
-Cześć Ruth! - zawołałam wchodząc od zaplecza.
-O, cześć Maya. Dobrze, że jesteś - powiedziała, nie odrywając wzroku od ciasta.
-Coś się stało?
-Demi nie mogła przyjść. Olivię złapał wirus. Musisz ją zastąpić. Dasz radę?
Westchnęłam. Znowu? A jeśli przyjdzie Harry, to co ja zrobię?
-Jasne - odparłam, wzruszając ramionami. Założyłam fartuch i przygotowałam się do pracy. Chwileczkę, czy dziś nie jest koncert w naszej restauracji? Jeśli tak, może udałoby mi się załatwić sprawę związaną z zespołem. A myślałam, że pójdzie znacznie ciężej.
Wyszłam na salę. Scenę przygotowywało dwóch facetów. Kusiło mnie, żeby podejść i zapytać się o zespół, ale zdusiłam tę chęć w zarodku. Obsłużyłam nowych klientów.
Na szczęście Harry nie przyszedł. I dobrze. Nie chciałabym znów znaleźć się w tak krępującej sytuacji.
Dowiedziałam się, że zespół, który ma wystąpić dzisiejszego wieczora, to The Donnas, składający się z czterech lasek. Miały całkiem ciekawy repertuar. Podeszłam do nich i zagadnęłam:
-Cześć.
-Cześć - odparła wysoka szatynka. Spojrzała na mnie zaciekawiona. - Mogę ci w czymś pomóc?
-O tak! - ucieszyłam się. - Szukam fajnego zespołu na szkolą imprezę. Nie chciałybyście zagrać?
-Dziewczyny, co o tym myślicie? - zapytała pozostałej trójki.
-Brett, ty tu decydujesz - odparła ruda. - Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciwko.
-A wy?
-Zagramy - odparła blondynka o imieniu Allison.
-W takim razie musisz nam podać tylko miejsce i datę. Sprawę z kasą zostawimy na później - zwróciła się do mnie Brett.
-Naprawdę? Nawet nie wiecie, jak się cieszę. Jak mogłabym się z wami skontaktować? - spytałam.
-Widzisz tamtego faceta? - Wskazała na wysokiego bruneta. Pokiwałam głową. - Podejdź do niego. Wszystko ci powie.
Mrugnęła do mnie i dołączyła do koleżanek. Zrobiłam, jak poleciła.
-Ekhem... - odchrząknęłam. Mężczyzna zwrócił na mnie swój wzrok.
-Słucham?
Powiedziałam mu, na czym mi zależy. Na początku mi trochę nie dowierzał, ale potem uległ i podał mi numer, pod który mam zadzwonić. Grzecznie podziękowałam i wróciłam do swojej pracy, nucąc pod nosem jedną z ulubionych piosenek. Nie przypuszczałabym, że pójdzie tak łatwo. A jednak.

Pracę skończyłam wcześniej, jeszcze przed dwudziestą. Skierowałam się do domu. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Miałam ochotę pogadać z Liamem.
Nagle zatrzymał mnie znajomy głos:
-Hej Maya - usłyszałam za sobą.
-Nie dasz sobie spokoju, co? - zapytałam, nie odwracając się.
-A ja myślisz?
-Nic nie myślę - odparłam. Czy zawsze muszę na niego wpadać? - A teraz wybacz, ale śpieszę się do domu.
-Maya. Daj spokój. Umów się ze mną - powiedział.
-Po co? Jest pełno lasek, które chętnie to zrobią. Dlaczego tak się na mnie uwziąłeś?
-Bo jesteś wyjątkowa - rzekł. Spojrzałam na niego. Poczułam, jak na mój policzek wpływa ogromny rumieniec. Zagryzłam dolną wargę.
-Po czym to wnioskujesz?
-Po tym, jak się zachowujesz. Nie jesteś łatwą panienką, jak większość.
Tego było już za wiele.
-Jak śmiesz? - wściekłam się.
-Dlaczego się złościsz? - zdziwił się.
-Daj mi spokój! - warknęłam.
-Daj mi szansę - dodał. Podszedł bliżej. Położył dłoń na moim ramieniu. Strząsnęłam ją szybkim ruchem. Ponowił gest. - Ja się tak łatwo nie poddam.
Odwrócił się na pięcie i odszedł. Wściekła na siebie, na niego i na cały świat, ruszyłam szybkim krokiem w stronę domu. Nienawidzę się za wszystko!
Gdy tylko znalazłam się w domu, przebrałam się w luźne ciuchy. Uruchomiłam komputer. W tym czasie zaglądnęłam do książek, co jest zadane. Nie było tego za wiele. Odłożyłam wszystko na bok.
Jedna nieodebrana wiadomość.
Na twarz wskoczył mi ogromny banan. Liam.
L: Cześć, skarbie. W niedzielę po południu będę w LA. Spotkamy się?
Liam był dostępny, ale mina mi trochę zrzedła. I co ja mu odpiszę?
M: Hej, Liam. W niedzielę nie mogę. Przykro mi. Umówiłam się.
L: Z kim, jeśli mogę wiedzieć?
M: Z chłopakiem.

Stuknęłam się w czoło. Ja nie mam chłopaka.
L: To świetny pomysł. Chciałabym go poznać.
Ja pierdole...
M: No nie wiem...
L: Nie daj się prosić, Mała. Nie jestem nikim ważnym. Tylko chcę cię zobaczyć. I tyle.
M: Dobrze...

Cholera, cholera, cholera! I skąd ja teraz wytrzasnę chłopaka? Chwila, Harry.
L: W takim razie do zobaczenia w niedzielę. Całuski.
M: No pa.

Rozłączył się. Przyłożyłam rękę do czoła. Ale ja jestem głupia! Mam tylko nadzieję, że nie stanie się nic nie po mojej myśli.

Następnego dnia nie potrafiłam się na niczym skupić. Cały czas myślałam o spotkaniu w niedzielę. I jak mam zaprosić Harry'ego? Przecież nie mogę mu powiedzieć, żeby poudawał mojego chłopaka. To by było nie w porządku. Ale nie w porządku będzie też to, że okłamię ich obu. W dodatku Harry to kuzyn Liama. Rany, w co ja się pakuję.
-Cześć, Maya - powiedział Harry, podchodząc do mnie na jednej z przerw.
-Cześć - westchnęłam. Teraz, albo nigdy. - Pójdziemy w niedzielę po południu na lody?

Od Aut.: No cześć. Dziękuję za wszystkie komentarze. Kocham Was <3 Do następnego!

Tagi: Rozdział 5
22.02.2014 o godz. 12:23
Chapter 4


Birdy - Skinny Love

-Idziesz tak szybko, że nie mogę cię dogonić…

Odwróciłam się gwałtownie. Nie spodziewałam się zobaczyć Jego.
-To po co to robisz? - zapytałam.
-Obiecałaś mi coś, pamiętasz?
-Niczego ci nie obiecywałam - odparłam.
-Wiesz, coś za coś - powiedział.
-Słuchaj. Nikt nie kazał ci jechać. Sam się wyrwałeś - odrzekłam skonsternowana.
-Ale chcę cię gdzieś zaprosić.
-Proszę... Nie mam teraz do tego głowy. Mam ważniejsze rzeczy niż umawianie się z chłopakami - westchnęłam.
-Czyli nie jestem dla ciebie ważny, tak? - spytał.
-Harry, lubię cię, jesteś fajnym kumplem, ale...
-W porządku, rozumiem - szepnął. Skręcił w pobliską uliczkę. Zrobiło mi się go szkoda i chciałam za nim pobiec, ale nie mogłam się ruszyć.
Wróciłam do domu późnym wieczorem. Nie miałam siły na nic. Wzięłam szybki prysznic i położyłam się. Zasnęłam niemal od razu/ Obudziłam się około trzeciej nad ranem. Wiedziałam, że już nie zmrużę oka. Wstałam powoli i przetarłam oczy. Spojrzałam na ciemny ekran monitora. Przypomniałam sobie ostatnią rozmowę z Liamem. Boże! Co będzie, jeśli on tu przyjedzie?! Nigdy go nie widziałam. Zaproponował, że możemy wymienić się zdjęciami, ale bałam się. A później, to już wszystko odeszło w niepamięć i żadne z nas na to nie wpadło. Bardzo lubiłam Liama. Był świetnym przyjacielem. Świetnie się dogadywaliśmy. Ale czy to nie tylko przykrywka?
W szufladzie znalazłam zapalniczkę. Zapaliłam knoty dwóch świeczek. Spod łóżka wyciągnęłam pudełko, o którym dopiero sobie przypomniałam. Ostrożnie podniosłam wieczko, jakby było z porcelany, a nie kartonu. Na samym wierzchu znajdowało się zdjęcia. Wyciągnęłam je i przybliżyłam do świeczki. Jego brzegi spłonęły, było trochę przetarte i osmolone. Na ujęciu znajdowała się dwójka dzieci. Dziewczynka i chłopiec, czule ją obejmujący i całujący. Odwróciłam fotografię. Z tyłu znajdował się napis: Savannah i Travis - Pierwszy dzień szkoły
Mama.
Pogłaskałam jej twarz palcem. Ale kim, do diabła, jest ten Travis?!
Odłożyłam zdjęcie na bok. Zanurzyłam rękę w pudełku. Wyjęłam kolejne zdjęcie. Był na nim czarny labrador, jeszcze szczeniaczek. Podpisane było: Kochany, wierny do końca Batman ;(
Ciekawe, co się stało z Batmanem.
Kolejną rzeczą, jaką wyciągnęłam, był gruby zeszyt. Otworzyłam go. Na pierwszej stronie, przesadnie ozdobionej widniał napis "Przepisy Savannah i Gabby". Uśmiechnęłam się. Coś czuję, że zrobię z tego niezły użytek. To znaczy, nie w tym sensie, że ja będę gotować. Ja się do tego wręcz nie nadaję.
Przerzuciwszy kilka kartek, położyłam zeszyt obok zdjęć.
Znalazłam jeszcze plik innych fotografii. Savannah, Miles, Gabby, Denis, Missy, Jayden i Annabelle, Batman, jakaś kobieta, która miała na imię Christine(wywnioskowałam, że to siostra taty), no i Travis. Cholera. Kim on jest? Chyba kimś waznym...
Na samym dnie pudełka znalazłam notatnik i kopertę, zaadresowaną do mnie. Drżącymi rękoma otworzyłam ją. Nie umknęło mojej uwadze, że ktoś już zaglądał do środka. Monica. Wyciągnęłam starannie złożoną biała kartkę. Zaczęłam uważnie czytać. Okazało się, że rodzice przepisali na mnie restaurację. W banku zostało założone konto, na którym znajdowała się suma równa pięciu i pół miliona dolarów. Monica nie miała do niego dostępu. Pieniądzmi mogłam zagospodarować dopiero po osiągnięciu pełnoletności. Dom także należał do mnie. Monica nie miała niczego. To dlatego tak skrupulatnie ukrywała przede mną pudełko. Miałam go nigdy nie dostać. Dzięki temu, dom restauracja i pieniądze zdobyte podstępem zostałyby w jej posiadaniu. O nie! Nie ze mną takie numery! Już jaj jej pokażę, gdzie jest jej miejsce! Oszustka!
Wrzuciłam wszystko z powrotem do pudełka. Przypomniałam sobie o różowym notesie. Machnęłam ręką. Zobaczę wieczorem. Zdmuchnęłam świeczki. Za oknem robiło się szaro. Zza horyzontu wyzierały pierwsze promienie słońca. Uśmiechnęłam się. Czwartek. Ubrałam się i poszłam do łazienki. Długie, proste włosy związałam w kucyka. W domu panowała grobowa cisza. No prawie. Jedyne odgłosy dobiegały z pokoju Maxa. Ale to nic dziwnego. Zbiegłam na dół w bosych stopach. Nie chciałam narobić hałasu. Dochodziła siódma. Miałam sporo czasu. Z braku lepszego zajęcia, wróciłam do pokoju po notatnik mamy. Schowałam go do torby. Przejrzę go w szkole.
Wyszłam z domu i spacerem ruszyłam w stronę mojego liceum. Było bardzo niewielu uczniów. No i oczywiście Annie.
-Fantastycznie, że jesteś! - zawołała na mój widok. - Chodź za mną.
Znalazłyśmy się w sali gimnastycznej. Książkę i Kopciuszek stali naprzeciw siebie, uśmiechnięci, z miłością w oczach. Z sufitu zwisały girlandy i lampiony. Pod ścianą ustawiono stoły na jedzenie i napoje.
-Efektownie to wygląda.
-Tak. Ale mamy jeden problem - westchnęła.
-Jaki?
-Zespół, z którym wcześniej się umawiałam, odmówił. Wokalista uznał, że nie zniżą się do tego poziomu, żeby zabawiać hołotę rozwydrzonych dzieciaków - powiedziała z rezygnacją.
-Och, Annie, głuptasie - uśmiechnęłam się. - Co ty się przejmujesz frajerem. Znajdę kogoś genialnego, słowo.
-Naprawdę? Dziękuję ci! Wiedziałam, że na tobie zawsze można polegać! - ucieszyła się. Mocno mnie uściskała i wyszła podśpiewując. No tak. Wpakowałam się po uszy. Teraz to ja mam kłopot. Gdzie ja znajdę dobrych muzyków?! Przecież to niemal niemożliwe, a bal tuż tuż...
Tymczasem zaszyłam się kącie i wyciągnęłam notes. Otworzyłam go na pierwszej, i jak się okazało, stronie tytułowej. "Na zakręcie czyha miłość". Mama pisała książkę? Na to wygląda. Przewróciłam kartkę i zaczęłam czytać: Kiedy tak naprawdę rozpoczyna się cała historia? Wydaje mi się, że w dniu, gdy Missy i Denis idą razem na bal.
Wszystko ma swój początek i koniec. Ta opowieść, być może nieprawdopodobna, ale prawdziwa, jest jedną kroplą w oceanie. Każdy z nas, każda istota żywa swoim życiem pisze historię, która zapisana jest w wielkiej księdze, a mianowicie naszym umyśle. Są one szczęśliwe bądź nieszczęśliwe. Ta, wydaje mi się, iż należy do tych pierwszych, mimo bardzo dramatycznych przeżyć...

Z każdym kolejnym zdaniem uświadamiałam sobie, że to żadna powieść ani opowiastka wyssana z palca, a prawdziwa historia. Historia mojej mamy...

Od Aut.: Cześć, wróciłam. Jak Wam się podoba? Nie zawiodłam Was, mam nadzieję.

Tagi: Rozdział 4
16.02.2014 o godz. 11:50

Zawieszam!


Doszłam do wniosku, że przerwa dobrze mi zrobi. Wrócę z wieloma nowymi pomysłami. Potrzebuję odpoczynku.
Przepraszam.
Dużo nad tym myślałam. Rozważałam tę decyzję i postanowiłam.
Wybaczcie.
Nie wiem, kiedy wrócę. Nawet nie wiem, czy w ogóle to jeszcze zrobię...
Tagi: przepraszam
01.02.2014 o godz. 10:07
Chapter 3


Justin Bieber - Change Me


-Och... Cześć Harry - odezwałam się niepewnie, czerwieniąc się przy tym jak piwonia w pełni rozkwitu.
-Cześć. Sama to zrobiłaś? - zapytał, wskazując na Kopciuszka.
-Nie. Kawał roboty odwaliła Ruth. Trzeba jej przyznać, ma dziewczyna talent - odparłam.
-Daj spokój. Gdyby nie ty, nic bym nie zdziałała - wtrąciła szatynka, uśmiechając się do nas. Puściła do mnie oczko i oddaliła się.
-Słuchaj... - zaczął Harry. - Chciałabym...
-Harry! - krzyknęła Amber, podchodząc do nas. - Pozwól.
Rzuciłam jej wrogie spojrzenie. Wystawiła mi język i pociągnęła chłopaka za sobą.
-Masz głupie siostry - szepnęła Ruth.
-Wiem - mruknęłam, czując narastającą we mnie wściekłość.
-To zajmijmy się naszym Księciem i robimy sobie wolno, okej? – zaproponowała.
-Jasne – odrzekłam.
Czego mógł chcieć Harry i przez tą wiedźmę nie zdążył mi powiedzieć? Czy coś jest ze mną nie tak? Mam coś na nosie? Jestem stuknięta?
A może…
Przecież już raz próbowałam, ale trochę dałam mu kosza. Nie chcę się w nic angażować, bo… bo nie chcę cierpieć.
Zamknęłam na chwilę oczy. Czy ja coś do niego czuję czy tylko świruję? Oby to drugie, proszę…
Ale skoro chciał się umówić, to może mu zależy? Albo chce tylko zaliczyć kolejną laskę do kolekcji. O nie! Nie ma mowy! Nie jestem pustą lalką, którą można do wszystkiego wykorzystać.
Kopnęłam w prawie pustą puszkę po farbie. Resztki rozchlapały się po podłodze. Westchnęłam tylko i pościerałam ją szmatą.
-Maya, wszystko w porządku? – zapytała Ruth.
-Nie przejmuj się – westchnęłam.
-Jeśli chcesz pogadać…
-Na ten temat? W życiu – zaśmiałam się. – Nie ważne.
-Okej. Ja tylko…
-Nie tłumacz się. Jesteś bardzo miła – powiedziałam. – To co, robimy? Im szybciej, tym lepiej. Mam już dość moich sióstr i chcę się stąd wyrwać jak najszybciej. Co ty na to?
-Nie widzę lepszego pomysłu.
-No to super. Zajmę się twarzą, a ty torsem, okej?
-Jasne – odparła.
Niecałą godzinę później, szkic był gotowy. Pozostało tylko pomalowanie Księcia farbą i postawienie go do pozycji stojącej. Ale to już jutro.
-Spieszę się. Skończymy jutro, w porządku? – zapytałam.
-W takim razie do zobaczenia jutro – uśmiechnęła się. Chwyciłam torbę i wybiegłam ze szkoły. Było jeszcze kilka minut do dzwonka, ale nie chciałam się spóźnić. Jeszcze by mi tego brakowało.
Do restauracji weszłam punktualnie. Odetchnęłam głęboko. Skierowałam się do szatni. Zostawiłam swoją torbę. Przewiązałam się fartuchem w talii i wkroczyłam do kuchni. Naczyń do zmywania trochę się nazbierało, choć trochę, to niedobre określenie. Tego była góra. Jak drugie Mount Everest. Związałam włosy w wysokiego kucyka i naciągnęłam rękawice na dłonie. Mycie brudnych talerzy, szklanek i sztućców do wymarzonych prac z pewnością nie należało, ale zawsze coś.
Jeśli spojrzeć na tą sprawę z perspektywy prawnej, to restauracja powinna być moją własnością, gdyż mama wyraźnie chciała, aby tak się stało. Jeszcze ją odzyskam, przysięgam…
-Maya? – usłyszałam za sobą głos. Przestraszona ochlapałam się wodą. Przymknęłam oczy i westchnęłam, po czym powoli się odwróciłam. – Przepraszam.
-W porządku, Liz. Nic się nie stało – odparłam.
-Nie wiesz może czy jest Monica?
-Nie ma jej. Pojechała ze swoimi córkami na zakupy.
-Och… Nie wzięła cię? – zaskoczyła się, jakby to był pierwszy raz.
-A czy kiedykolwiek to zrobiła?
-No nie, ale przecież zbliża się bal i…
-Wiem, co chcesz przez to powiedzieć. Jej się wydaje, że mam wszystko i niczego mi nie trzeba. Okej, wszystko mi jedno. Jej też. Mogłabym iść nawet w szlafroku.
-Nie przesadzaj, kochanie – uśmiechnęła się. – Zobaczysz, że wszystko się ułoży.
Liz odeszła, a ja wróciłam do swojej pracy. Po chwili zawołała mnie Demi:
-Maya! Możesz mnie zastąpić?! Muszę odebrać dzieciaki z przedszkola.
-Jasne – odkrzyknęłam. Podeszłam do niej. Podała mi swój fartuch i wybiegła przez zaplecze. Zabrałam notes z długopisem i weszłam do sali. Akurat weszli nowi goście. Usiedli przy jednym ze stolików. Podeszłam do nich.
-Dzień dobry – odezwałam się najmilej, jak potrafiłam. – Co dla państwa?
Mężczyzna spojrzał znacząco na partnerkę, dając jej pierwszeństwo.
-Zupa cebulowa, kurczak z estragonem i szklanka wody z cytryną – powiedziała powoli nie odrywając wzroku od menu.
-A dla pana?
-Zupę cebulową i pâté z kurzych wątróbek – odparł.
-Coś do picia?
-Wodę mineralną.
Pokiwałam głową, zapisałam wszystko w notesiku i zaproponowałam deser. Naszą specjalnością było crème brûlée.
Wpadłam do kuchni, podałam karteczkę kucharzowi i wróciłam na salę. Pozbierałam naczynia z jednego ze stolików i skierowałam się do okienka. Podałam naczynia Liz, która chwilowo była na zmywaku. Uśmiechnęła się do mnie i skinęła w stronę drzwi. Obejrzałam się. Wszedł Harry z kumplami. Byli pewnie po treningu.
-Wymień się, Liz. Błagam – szepnęłam gorączkowo. Pokręciła głową i zniknęła. Westchnęłam i co niby miałam zrobić w takiej sytuacji? Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do zajętego przez nich miejsca.
-Dzień dobry. Co podać? – zapytałam drżącym głosem. Harry podniósł na mnie wzrok, ale Josh mu raczył przerwać. Dzięki Josh, chłopaku Effie.
-Cześć, Maya. Pracujesz tu? – zapytał.
-Jak widać – odparłam, rumieniąc się.
-Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem – mruknął. Nie odpowiedziałam. Przecież nie będę rozgadywać na prawo i lewo, że jestem na zmywaku.
-A więc… co dla was?
-A co polecasz? – spytał Paul.
-Och… Zależy…
-Coś na słodko – dodał George.
-Hm… to może trufle? Idealne…
-Jasne. A co do picia zamawiacie? – Josh zwrócił się do chłopaków. Nie dali dojść Harry’emu do głosu. I dobrze!
Wszyscy zgodnie wybrali sok pomarańczowy. Ponownie wróciłam do kuchni. Szef kuchni dał mi sześć przygotowanych porcji trufli. Podeszłam do baru i zapełniłam sześć szklanek sokiem pomarańczowym, po czym zaniosłam wszystko do stołu chłopców.
-Smacznego – rzuciłam na odchodnym. Z kuchni zaprałam zupę cebulową dla dwójki czekających klientów. Po drodze zabrałam jeszcze wodę i wodę z sokiem cytrynowym.
Chodziłam tam i z powrotem, bez przerwy. Pracę skończyłam późnym wieczorem. Jako jedna z ostatnich opuściłam restaurację. Na zewnątrz było już całkiem ciemno. Szybkim krokiem ruszyłam przed siebie. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu i odpocząć po męczącym dniu. Kiedy ja się pouczę i odrobię zadania? I co z tym Liamem? Przez cały dzień nawet o nim nie pomyślałam.
-Idziesz tak szybko, że nie mogę cię dogonić…

Od Aut.: Wiem, że powinnam dodać wczoraj, ale tak mi jakoś zleciało, że wreszcie niczego nie tknęłam. Przepraszam za spóźnienie. Dziękuję za komentarze i mam nadzieję, że pod tym rozdziałem nie będzie mniej. Liczę na Was kochani.
Do następnego ;*

Tagi: Rozdział 3
27.01.2014 o godz. 19:31
Chapter 2


Justin Bieber - Mistletoe

Monica się wściekła. Nic nowego. Ale przynajmniej nie winiła mnie za tego psa. O sorry. Szczura.
Harry okazał się naprawdę wyrozumiałym facetem. No i... polubiłam go. Mieliśmy trochę czasu, więc poznaliśmy się bliżej.
Kiedy wreszcie wróciłam do domu, padałam z nóg. Prawie wszystko było zrobione. Prawie. Musiałam jeszcze posprzątać. Zaczęłam więc od pokoju kochanych siostrzyczek. Na szczęście Max wyręczył mnie, sprzątając swój pokój. Dobry z niego braciszek. Następnym pomieszczeniem okazała się sypialnia Moniki. Jednym słowem... syf. Kończąc, zajrzałam do szafy, żeby schować poskładane ciuchy. Zobaczyłam błękitne pudełko. Zdjęłam je i spojrzałam na wieczko. Kiedyś była na nim naklejka, ale ktoś usilnie próbował się jej pozbyć. Zobaczyłam tylko dwie ostatnie litery swojego imienia. Serce zabiło mi mocniej. Co to może być? Szybko dokończyłam pracę i pobiegłam do swojego pokoju. Położyłam pudełko na łóżku, gdy usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i głos macochy. Wsunęłam je pod łóżko. Potem głośne kroki na schodach. Szła w stronę mojego pokoju. Wpadła do środka.
-Gdzie moja maleńka Betty? - zapytała.
-W klinice, została na obserwacji. Lekarz zalecił... - tłumaczyłam. Rzuciła mi wściekłe spojrzenie.
-Zamknij się, dobra? Głowa mi pęka! - warknęła i wyszła, trzaskając drzwiami. Ze ściany spadło zdjęcie rodziców. Podniosłam je. Szybka była pęknięta. Pogładziłam ją delikatnie, jakbym miała nadzieję, że zniknie. Nie zniknęła, oczywiście. Przecież nie umiem czarować. Pokręciłam tylko głową. Całkowicie zapominając o tajemniczym pudełku, włączyłam komputer. Liam był dostępny.
L: Cześć Mała. Jak leci? ;)
M: Jeśli mam być szczera, to jest beznadziejnie.
L: A to co się stało?
M: Betty jest w klinice, matka jest na mnie wściekła. Wszystko się sypie i jest do bani.
L: Zawsze są jakieś pozytywne aspekty. Na pewno nic miłego cię dziś nie spotkało?
M: W sumie…
L: No widzisz. Opowiadaj.
M: Poznałam bliżej Harry’ego. Okazał się fajnym facetem…
L: Harry’ego Styles’a?
M: Tak. Znasz go?
Byłam zaskoczona, i to jak!
L: Pewnie. To mój kuzyn.

Zamarłam. Liam jest kuzynek Harry’ego? A jeśli przyjedzie do Los Angeles i będzie chciał się spotkać? O. Mój. Boże.
L: Halo! Maya, jesteś?
M: Tak, tak. Przepraszam, zamyśliłam się.
L: Słuchaj, to świetnie się składa! Niedługo przyjeżdżam do wujka Robina. Będę pracował w warsztacie. Nie uważasz, że to idealny zbieg okoliczności?
M: Ta…
L: Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wreszcie cię poznam!
M: Ja też.

Moje najgorsze obawy się sprawdziły. Nie chodzi o to, że go nie lubiłam. Liam był fantastyczny, ale wirtualnie. Skąd mam wiedzieć, jak jest naprawdę? Może to obleśny pięćdziesięciolatek, który myśli tylko o jednym… Tak naprawdę w ogóle się nie znamy. Trafiliśmy na siebie przypadkiem. On znalazł mój numer gadu-gadu gdzieś na jakiejś stronie i napisał. Tak było od pół roku. Ciągle chciał się spotkać, poznać. Zamknęłam oczy. Ale jest kuzynem Harry’ego. Tylko nie mam żadnej pewności, że mówi prawdę. Możne zna go tak po prostu.
M: Słuchaj, muszę lecieć. Matka…
Pierwszy raz go okłamałam. Ale przysięgłam sobie, że nigdy tego nie powtórzę. Muszę zrobić wszystko, żeby zapobiec naszemu spotkaniu.

Obudziłam się, zagrzebana w łóżku. Wstałam i ospałym krokiem ruszyłam do łazienki. Zajęta. Super. Wróciłam do pokoju. Przebrałam się powoli. Rzuciłam okiem na monitor. Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi łazienki. Wyszłam z pokoju i zajęłam ją, zanim ktoś by mnie wyprzedził. Czekał mnie bardzo długi dzień. Miałam tylko sześć lekcji, ale po południu musiałam iść do restauracji mamy. Nie macochy, tylko mojej prawdziwej mamusi. Monica przywłaszczyła sobie wszystko, czego dorobili się rodzice. Na samą myśl o tym, wszystko się we mnie gotowało. Wiedziałam, że nie mogę tego wszystkiego tak po prostu zostawić. Musiałam wszystko odzyskać i puścić Monikę z torbami. To był mój życiowy cel. I tego się trzymałam. W biegu chwyciłam torbę i razem z Maksem wyszłam z domu. Chłopiec wolał iść ze mną, aniżeli z siostrami. Nie dziwię się mu. Zaprowadziłam go do jego szkoły i przeszłam na drugą stronę ulicy, gdzie mieściło się moje liceum. Przypadkiem wpadłam na Harry’ego.
-Przepraszam – powiedziałam, uśmiechając się. Odwzajemnił gest i skinął mi na powitanie, po czym odszedł z kumplami, machającymi do niego. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do budynku. Byłam bardziej niż pewna siebie. Podeszłam do swojej szafki. Tuż obok Effie i Josh zapominali się w całowaniu. Pokręciłam tylko głową, ale uniosłam usta w lekkim uśmiechu. Być może kiedyś i ja będę taka szczęśliwa. Znajdę swojego księcia, który na swym białym rumaku wyrwie mnie ze szpon smoka imieniem Monica i dwóch wrednych wiedźm. Liczyłam na to, bardziej niż na cokolwiek innego.
-Cześć, May.
-Hej Annie.
Posłałam jej jeden z najpiękniejszych uśmiechów.
-Walnęłaś się? – zapytała. Zachichotałam jak ta idiotka.
-Nie. Jestem po prostu w dobrym humorze. To źle?
-Wspaniale. Jesteś mi potrzebna do sekcji artystycznej. Trzeba przygotować wszystko na bal maskowy. Pomożesz?
-Jaki bal maskowy? – zaskoczyłam się.
-Nie widziałaś ulotki, którą wsunęłam do twojej szafki?
-Musiała upaść – mruknęłam. Wróciłyśmy do mojej szafki. Rzeczywiście. Leżała na ziemi. Podniosłam ją i spojrzałam na ogromny nagłówek: Fairytale Masked Ball!
-Nie ukrywam, tytuł intrygujący. Założę się, że ty na to wpadłaś.
-Tak – odparła bez udawanej skromności.
-Brawo. A więc… w czym ci mogę pomóc?
-Z racji tego, że ślicznie rysujesz, chciałabym, żebyś… namalowała Kopciuszka i Księcia. Dasz radę?
-Och…
-Zostaniemy zwolnione z lekcji – poruszyła zabawnie brwiami.
-W takim razie podpisuję się pod tym. Tylko błagam, powiedz mi, że moje wredne siostry nie będą brały w tym udziału…
-Będą wszystko nadzorowały – powiedziała. Od razu spochmurniałam. – Ale nie martw się! Będziemy się fantastycznie bawić. Obiecuję!
-Z tymi wiedźmami? Na pewno. Ale wiesz co? Będę się z nich nabijać! – odrzekłam. Annie uśmiechnęła się szeroko.
-Tak trzymaj. Wiedźmy nam nie grożą. Mamy większą moc – zaśmiała się. Uśmiechnęłam się sztucznie. Oczywiście, że będą mi uprzykrzać pracę! Nie ma szans, żeby dały mi spokój choć na ten jeden dzień. Annie pociągnęła mnie za rękę w stronę ogromnej sali. Girlandy, lampiony, lampki i wszelkiego rodzaju kiczowate ozdóbki, zwisały z sufitu, mieszczącego się około dziesięciu metrów nad nami. Pod sceną leżały dwa kartony ogromnych rozmiarów. Oba miały ponad dwa metry. Zabrałam się do pracy. Bardzo pomocna okazała się Ruth, nowa dziewczyna, trochę zbuntowana, ale posiadająca talent plastyczny. Jak na laskę z takim charakterem, świetnie się z nią dogadałam, a Ruth robiła wszystko, co jej kazałam. Już po kilku godzinach, nasz Kopciuszek był prawie gotowy. Wystarczyła poprawić kilka niedociągnięć, pomalować suknię na niebiesko i postawić go „na nogi”, to znaczy do pionu. Kopciuszek został ustawiony na dwóch stojakach. Podtrzymywały go sznurki, przywiązane do sufitu przez chłopaków. Nagle do Sali wszedł Harry. Nie wiem dlaczego, ale trochę spłoszyłam się na jego widok. Uśmiechnął się do mnie, unosząc delikatnie kącik ust. Ashley i Amanda otoczyły go, zajmując rozmową, ale ten najwyraźniej nawet nie obdarzył ich spojrzeniem. Szedł prosto na mnie…

Od Aut.: Jeśli mam być szczera, to jestem niezadowolona. Początek jest beznadziejny. Może później... Nie! W ogóle...
Mało weny, kochani. Przechodzę kryzys twórczy. Dopadł i mnie. Dlatego jest do bani. Dziękuję za te siedem komentarzy pod pierwszym rozdziałem. Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że jednak ktokolwiek to czyta.

Tagi: Rozdział 2
19.01.2014 o godz. 11:57
Chapter 1


Taylor Swift - Love Story


Wpadłam do domu, niechcący trzaskając drzwiami. Skrzywiłam się. Od razu skierowałam się do swojego pokoju. Zaraz wróci Monica, dziewczyny i Max. Chciałam zdążyć przed nimi. Usiadłam przed komputerem, od razu go uruchamiając. Musiałam czekać pięć minut. Myślałam, że nigdy ten grat się nie włączy. Nareszcie. Udało się! Miałam widomość. Nacisnęłam. Od razy wyskoczył mi news od Liama.
L: Hej. Jesteś?
M: Cześć ;)
L: Jak ci minął dzień w szkole?
M: Nie narzekam. Było całkiem fajnie. A ty co robiłeś?
L: Do południa byłem w pracy. Za godzinę idę ponownie. Nudno trochę, bo nie ma ciebie.

Uśmiechnęłam się do monitora jak ta głupia.
M: Och. No tak :D
L: Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo chciałbym, żebyśmy się spotkali.

-Maya! – usłyszałam krzyk Moniki.
M: Poczekaj chwilkę, okej?
-Co?! – odkrzyknęłam. Po chwili w drzwiach mojego pokoju pojawiła się macocha.
-Wyłącz to, bo dostaniesz szlaban – powiedziała ostro. – Masz jechać do przeglądu z moim samochodem. Tylko…
-Tak, wiem.
-Zabierz Betty do weterynarza. Zrób zakupy, listę masz na dole, potem posprzątaj w domu.
Otworzyłam usta, aby coś powiedzieć, ale powstrzymała mnie wychodząc.
-Jedziemy do Spa! – rzuciła na odchodne.
M: Wybacz, ale muszę lecieć. Mam dużo roboty.
L: Nie no, jasne. Rozumiem cię. Kiedy będziesz?
M: Na chwilę obecną ciężko powiedzieć.
L: Okej. W takim razie pa ;*
M: Cześć ^^

Wyłączyłam komputer. Przebrałam się szybko i zbiegłam na dół. Wzięłam kluczyki, listę zakupów i Betty, yorka mojej zacnej i wielkodusznej macochy. Wsiadając do białego kabrioleta, zatrzymał mnie Max.
-Mogę z tobą jechać? – zapytał.
-Wskakuj Einsteinie – uśmiechnęłam się. Dlaczego Einstein? Jak na swoje osiem lat, zdecydowanie przewyższał inteligencją siostrzyczki bliźniaczki razem wzięte. Mie chyba też. Kurcze, mam bardzo mądrego brata. I nie ukrywam, był skomplikowanym człowiekiem. Nikt, prócz mnie, nie potrafił go rozszyfrować i zrozumieć. Nawet własna matka.
Wycofałam powoli z podjazdu.
-Zapnij pasy – powiedziałam. Posłusznie wykonał moje polecenie. Na kolanach trzymał Betty. Spojrzałam na niego z czułością. Na Maksa, nie na psa. Może był nieznośnym i natrętnym smarkiem, takim małym pasożytem, ale kochałam go. Tylko jego.
Jak zawsze się zamyśliłam i przejechałam odpowiednie skrzyżowanie. O tak! Cała ja! Na szczęście szybko wyrwałam się z transu i zawróciłam na najbliższym parkingu przy supermarkecie. Kiedy dotarłam do warsztaty, zaparkowałam nieco z boku i zabrałam Maksa na lody do pobliskiej budki.
-Siedź tu i nigdzie się nie ruszaj. Pilnuj Betty, bo twoja mama mnie zabije jak przyjedziemy bez niej, a tego byś chyba nie chciał, prawda? – zapytałam.
-Prawda – odpowiedział. Uśmiechnęłam się do niego i puściłam oczko. Ruszyłam w stronę miejsca, gdzie zaparkowałam kabriolet. Obok niego kręcił się już Harry.
-Cześć – odezwał się po chwili.
-Hej.
-Jakiś problem?
-Jest twój tata? Monica woli jak on sprawdza.
-Jasne – odparł. – Poczekaj chwilę.
Spojrzałam ukradkiem w stronę Maksa. Bawił się z psem, o ile to coś w ogóle można nazwać psem, bo do niczego to nie było podobne.
-Dzień dobry – usłyszałam. Odwróciłam się gwałtownie.
-Och. Dzień dobry. Przepraszam, zamyśliłam się.
-A więc… W czym mogę ci pomóc? – zapytał.
-Przywiozłam samochód do przeglądu. Długo to może potrwać?
-Około pół godziny.
-Dobrze. To poczekam.
Podałam Robinowi kluczyki i odsunęłam się. Już miałam ruszyć w stronę brata, gdy ktoś złapał mnie za ramię. Spojrzałam na Harry’ego.
-Słucham.
-Dasz się gdzieś zaprosić?
-Chciałabym, ale nie mogę. Naprawdę, Harry. Przykro mi – odparłam. Znalazłam się w niezręcznej sytuacji. Nie mogłam i tyle. Przecież nie będę się mu tłumaczyć, a już tym bardziej spowiadać z życia prywatnego.
-Och. W porządku. Rozumiem –odpowiedział smętnym głosem. Spuścił wzrok i kopnął kamyk.
-Może innym razem?
-Może – mruknął i odszedł. Zrobiło mi się go szkoda. Biedaczysko. Wzruszyłam ramionami i wróciłam do Maksa. – Jak się bawisz dzieciaku?
-Myślę.
-To chyba żadna nowość. Powiedz mi, o czym tak myślisz.
-Na pewno?
-No jasne. Jesteś moim bratem, nie?
-Tak, ale to dla ciebie nudne. Będziesz ziewać – zaoponował.
-Nie będę, obiecuję – westchnęłam.
-Rozgryzałem właśnie budowę atomu – zaczął. – Atom jest podstawowym składnikiem materii. Składa się z małego naładowanego jądra o dużej gęstości i otaczającej go chmury elektronowej o ujemnym ładunku elektrycznym. Słowo atom pochodzi z greckiego – átomos, oznaczającego coś, czego nie da się przeciąć, ani podzielić… - I ziewnęłam.- Obiecałaś!
-Przepraszam. Nie przypuszczałam, że zaczniesz nawijać o atomie.
-Chciałaś, to masz! – obruszył się. Złożył ręce na piersi i udawał albo był obrażony.
-Maksiu. Nie złość się na siostrzyczkę. – Zrobiłam słodką minkę.
-No dobra – burknął. – Następnym razem nic ci nie opowiem.
Nagle Betty zaskomlała żałośnie. Spojrzeliśmy po sobie. Coś było nie tak.
-Pilnuj jej, Max. Idę do Robina.
Puściłam się biegiem w stronę warsztatu. Wpadłam do środka.
-Długo jeszcze? – zapytałam.
-Piętnaście minut. Wytrzymasz?
-Ja tak, ale pies nie. Coś się stało. Trzeba jechać do weterynarza.
-Pospieszę się – dodał Robin. Nagle z biura wyszedł Harry, przebrany i pachnący.
-Chodź, Maya. Zawiozę was – odezwał się. Spojrzałam na niego wdzięcznie. Zawołałam brata. Wsiedliśmy do samochodu Harry’ego. Chłopak szybko wycofał i nacisnął pedał gazu, ruszając z piskiem opon. – Uznam to za rekompensatę.
-No co ty! To nic przyjemnego – mruknęłam.
-Może dla ciebie – odparł. To były ostatnie słowa, jakie padły z jego ust. Resztę drogi żadne z nas nic nie powiedziało. Pies piszczał jak głupi, Maks się zaczął denerwować, snując podejrzenia, co mu może być, a ja byłam coraz bardziej wściekła na cały świat. Zatrzymaliśmy się przed kliniką weterynaryjną. Wzięłam yorka na ręce i pobiegłam w stronę wejścia. Wpadłam do środka. Poprosiłam o szybką wizytę, tłumacząc, że to coś bardzo poważnego. Maks i Harry mieli poczekać w poczekalni, chociaż obaj chcieli wejść ze mną. Weterynarz od razu skierował Betty na USG. Czekaliśmy dziesięć minut.
-To kamień – powiedział wreszcie, gdy wyszedł. – Trzeba natychmiast operować.
Opadłam na krzesło.
-Zgadza się pani?
-Tak – szepnęłam ciężko. Opadłam na krzesło i wyciągnęłam telefon. Zaczęłam klikać w klawisze. Nie chciałam rozmawiać z Moniką, wolałam wysłać esemesa.
Betty ma kamień. Trzeba operować. Na razie nic nie wiemy. Będę informować na bieżąco.
Schowałam twarz w dłoniach to też będzie moją winą, prawda?
A jakże! Wszystko jest z mojej winy, a śmierć rodziców przede wszystkim.

Od Aut.: Wiem, że pewnie spodziewaliście się czegoś lepszego, ale jakoś tak mam niedużo weny ;( Tak czy inaczej, mam nadzieję, że ktokolwiek to przeczyta.
Tagi: Rozdział 1
12.01.2014 o godz. 16:17


Czekałam na ten dzień niecierpliwie. I oto nadszedł.
Wszystkiego najlepszego Zayn.
Polish Directioners loves you!
You are my hero!
I love you!
Tagi:
12.01.2014 o godz. 15:10
statystyki
sekcja użytkownika
GRY Do you like disparage people? Because you do it very well...